ERZAC

Od pewnego czasu odczuwam dyskomfort, związany z brakiem nowych tekstów na blogu.

Wyjaśnienie niemożności pisania jest jedno – właśnie stało się tak, że moje najsilniejsze emocje skupiają się na sprawach, o których nie chcę/nie mogę pisać światu… No bo, jak tu na blogu rozwodzić się o przygotowaniach do obchodów jubileuszu szkoły, czy też – o planowanych zmianach, które jeszcze nie zamieniły się w konkret… Czy też wreszcie – o polityce….

No i klops! Postanowiłam więc dzisiaj napisać tekst „przez rozum”, z poczucia obowiązku, troszkę na siłę… Taki erzac… Taki substytut.. Surogat… Produkt zastępczy… Sztuczny miód… Wyrób czekoladopodobny…

Jak się robi sztuczny miód? Tekst zastępczy? Pisaną zapchajdziurę?

Czas urlopu sprzyja nie tylko zbawiennemu wysiłkowi fizycznemu na świeżym powietrzu (które wreszcie tutaj jest rzeczywiście świeże), ale także aktywności czytelniczej i – kiedy już skotłowanie ciała przekracza jakąś normę wytrzymałości – gapieniu się w telewizor. A w nim – fascynujący mnie perwersyjnie „Świat według Kiepskich”. Nie przebrnęłabym zapewne nawet przez jeden odcinek, gdyby nie fakt, że od wielu lat autorami scenariusza są – bliska sercu była uczennica, Kasia Lewandowska-Sobiszewska i jej mąż Aleksander Sobiszewski. Obydwoje – wybitni artyści, związani przez długi czas z wrocławskim teatrem Henryka Tomaszewskiego. Ludzie o wielkiej wrażliwości estetycznej. Piszą scenariusze „Kiepskich”. Jak to wytrzymują… Pytanie, które zawsze pojawia się podczas urlopu, kiedy w trakcie przeglądania kanałów telewizyjnych, wywoła się na ekran Polsat. Jak oni to wytrzymują tyle lat! To zanurzenie w świecie „discopolan”. Rekonstrukcja ich mentalności, ich języka, ich dążeń i planów, krążących wokół promocyjnych marketowych gazetek. Jakie trzeba mieć wrażliwe – społecznie i językowo – ucho i jaką jednocześnie ogromną odwagę i odporność, żeby tak celnie oddać (a więc najpierw zanurkować w) świat mentalnego kiczu i brzydoty. Najlepiej jest – jak to czyniłam od zawsze – tego świata nie dostrzegać, uznać go za zjawisko marginalne. Nie słyszeć tego języka, najwyżej oburzać się, że ktoś łamie prawo, wszak obowiązuje nas ustawa o ochronie języka… He, He! Czytać swoje książki, obracać się w swoim towarzystwie, komunikować z ludźmi, którzy myślą i czują podobnie. Przemykać się pod jakimiś głośnikami w jakichś uzdrowiskowych knajpkach, udając z zażenowaniem, że nie słyszy się kogoś, kto ku powszechnej radości śpiewa narodową piosenkę o majteczkach w kropeczki i innych cielesnych rozkoszach. A przecież zdaniem większości podobno disco polo podoba się wszystkim. Niektórym tylko nie wypada się do tego przyznać. Mamy więc narodową, jedynie słuszną mentalność i estetykę discopolan, mamy nasz świat według Kiepskich… W którym przychodzi nam żyć… Coraz bardziej! Mamy wokół ludzi, którzy w ogóle nie czytają żadnych książek, marzą o kolejnych przedmiotach lepszych od tych, które posiadł był ich sąsiad. Robią – bez specjalnej refleksji -  to, czego oczekują od nich przełożeni. Ktoś podobno wyciął dzisiaj w pień wszystkie drzewa, tworzące skwer przy ul. Nowogrodzkiej, drzewa na działce na Bielanach i przy szpitalu im. Orłowskiego na Powiślu. A także piękne stare drzewa w Jeleniej Górze. Zaczęło działać nowe prawo. Bo chodzi o to, by być górą. By mieć więcej i lepiej. By mieć władzę i kasę! Bo wtedy jest szacunek powszechny. I nie będzie się patrzyło z perspektywy jakiejś mrówki, krzaczka, drzewka, zwierzątka, czy jakiegoś p… inteligenta! I tyle…  „Koniec i bomba. A kto czytał ten trąba.”

 

 

MÓJ KARNAWAŁ

Dwa razy w życiu – dużo to czy mało? – przeżywałam karnawał. Zabawę, taniec do utraty tchu, do upadłego, do zatracenia się. W ursynowskim klubie „Pomerania” – w 1995 r. odbył się – jeden z wielu – koncert. Agencja artystyczna pianisty Eugeniusza Chudaka-Morzuchowskiego rekomendowała kapelę góralską „Wałasi”. Obejrzeliśmy czterdziestopięciominutowy znakomity góralski występ. Po nim nastąpiła konsumpcja i kulturalne rozmowy w podgrupach stolikowych. Przysiedliśmy się do trzech muzyków z Istebnej – Zbigniewa i Jana Wałachów oraz Jana Koczmarzyka. Zjedliśmy razem kolację. Potem oni zagrali naprawdę. Repertuar wszelaki – góralszczyzna, nuty bałkańskie, węgierskie, cygańskie, walce Straussa… Klubowicze oszaleli. Tańce, korowody, amok do białego rana… A trójka z Istebnej w transie, w kółeczku… Z potrzeby serca! Niezmordowana!  Pan Eugeniusz próbował przyłączyć się na pianinie… Nie dał dary… Usiadł potem smętnie przy barze nad soczkiem – przyjechał samochodem…  Przysiadłam się na chwilę, zziajana i usłyszałam – „ Pani Haniu, wiedziałem, że grają dobrze, inaczej bym ich do państwa nie przywiózł, ale że TAK grają, nie wiedziałem… pani wie, że żaden z nich nie zna nut”… Nigdy wcześniej nie słyszałam, choć bywałam na koncertach w Filharmonii, żeby ktoś TAK grał! Nigdy wcześniej nie zatraciłam się tak w muzyce i tańcu. „Wałasi” – zespól muzyków z Istebnej, założony w latach osiemdziesiątych przez Zbyszka Wałacha. Zbyszek urodził się w artystycznej rodzinie – muzyczno-plastycznej. Jest nie tylko wybitnym muzykiem. Konstruuje, odtwarza stare instrumenty.

Drugi raz. Jesteśmy w domu kultury na staromiejskim rynku, na promocji płyty Tadeusza Woźniaka. Zdobyliśmy już autograf. Zjedliśmy chleb ze smalcem i ogórkiem małosolnym. Pogadaliśmy z tym i owym, i zamierzaliśmy już wracać do domu. I nagle słyszę górali! TYCH górali! Wbiegam piętro wyżej! Kończą właśnie występ! Ale jeszcze grają! Zbyszek i Jan Wałachowie oraz Jan Kaczmarzyk.  Podchodzimy! Witamy się. ZACZYNAJĄ grać! Zaproszeni goście, zamiast rozejść się,  tracą kontakt z rzeczywistością. Popadają w stany odlotowe. Tańczą. Pląsają w korowodach.  Strauss. Zatracam się w walcu pierwszy i ostatni raz w życiu. Kompletne szaleństwo! Nie jestem mistrzynią  tańca, ale ten jeden jedyny raz w życiu czuję się królową walca. Imprezujemy do rana. „Załoga” domu kultury bardzo nas nie lubi.

Dzisiaj byliśmy na rewelacyjnym koncercie zespołu „Vołosi”. Na początku nowego stulecia stworzyły go dwie muzyczne rodziny – Wałachów i Lasoniów. W 2009 r. Zbyszek Wałach – bojąc się komercjalizacji, troszcząc się o czystość góralszczyzny – wystąpił z zespołu. Ze starego składu gra Jan Kaczmarzyk. „Vołosi” to już nie „Wałasi”. To już jest show. Świetny, wirtuozerski… Sala pełna. Przypomina się interpretacja Nigela Kennedy’ego. Brawa. Dwa bisy. Jest wzruszenie, są ciarki na grzbiecie… Ale jest też tęsknota za „Wałachami”… Jest tęsknota za tamtym karnawałem.

DAMIAN

Przyszedł do szkoły. Zostawił dla mnie zaproszenie. Ładne/ciekawe/intrygujące. Zapraszam na wernisaż wystawy One poster everyday 21 stycznia godz.19.00. Damian Ziółkowski. Absolwent sprzed czterech lat. Student czwartego roku Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Od stycznia 2016 roku codziennie tworzył jeden plakat. Systematycznie. Wytrwał w tym postanowieniu. Powstał imponujący zbiór ciekawych prac, które miałam okazję dzisiaj z wielką radością i podziwem obejrzeć podczas sympatycznego wernisażu, zorganizowanego przy Marszałkowskiej 64. Plakaty można obejrzeć też na blogu: onepostereveryday.tumblr.com. Zachęcam. Zamierzam także kilka plakatów Damiana powiesić w szkole, gdzie znajduje się już jedna jego praca – malowidło ścienne w sali 104 b.

CZEGO UCZY NAS LAS…

Kiedy byłam mała, intuicyjnie WIEDZIAŁAM, MIAŁAM PEWNOŚĆ, że cała rzeczywistość jest duchowa. Rozmawiałam ze zwierzętami, drzewami, głaskałam liście, trawy… Zastanawiałam się nad życiem kamienia, wody, deszczu… Bałam się chodzić po trawie, żeby nie deptać, nie zadeptać, nie ugniatać, nie krzywdzić…

Potem były baśnie… O Jasiu, który wyrusza z domu w świat, bo jest inny, „głupi”, odważnie, samotny, idzie przez las. Dzieli się ostatnią kromką chleba z mrówką i myszką, a potem one mu pomagają… I ten „głupi” Jaś zostaje sprawiedliwym, dobrym królem… Baśnie o ludziach zaklętych w drzewa, kamienie, żaby…

Potem „Ballady i romanse” i „Pan Tadeusz”, gdzie każde stare drzewo, omszały kamień, każde jezioro było związane z czyjąś miłością, czyimś bohaterstwem, z czyjąś tragedią, z jakąś zbrodnią. Cała rzeczywistość znaczyła, czuła, była dramatyczną emanacją ducha.

A potem różne doświadczenia – magiczne ale też – traumatyczne. Bo jak zrozumieć ludzi, których się kocha, z którymi spędza się cudowne wakacje, którzy świętują świniobicie, zbiegają się zewsząd i śmieją… A głośna agonia zwierzęcia przedłuża się, trwa w nieskończoność… Zapłakana chowam się w domu, poduszką nakrywam głowę, ale i tak słyszę to bezgraniczne cierpienie i przerażenie… A potem próbuję zrozumieć i kochać nadal… Kiedyś głód był częstym doświadczeniem. Ludzie umierali. Zwłaszcza na przednówku. Więc jeśli udało się upolować zwierzę lub można było zabić to hodowane, była radość, że wreszcie brzuchy będą pełne, dzieci przeżyją kolejny rok i stąd euforia… Ale teraz? Czerpać radość z obserwowania umierania… Świniobicia, polowania… ?! Trudno pojąć…

Sądzę, że zbyt łatwo niektórzy ulegają rozmaitym manipulacjom… Że tradycja… Że rytuał… Że element kultury… Chłopskiej… Szlacheckiej… Zbyt łatwo uwierzyć w normalność, zwyczajność, pożyteczność „przemysłu mięsnego”, w którym istota czująca traktowana jest jak produkt, rzecz, tucznik. Czyż w tym kontekście nie przerażają ostatnie wyniki badań uczonych, którzy dowiedli, że rozwój mózgu młodej świni jest niezwykle podobny do rozwoju mózgu człowieka; tak bardzo, że badania mózgu prosiąt służą jako modele do poznania procesu uczenia się dzieci.

Czyż od sposobu traktowania zwierząt w rzeźniach  nie jeden krok tylko – od wiary, że jacyś – Żydzi, Słowianie, Murzyni, Cyganie – są „z natury” gorsi, albo zagrażają, albo należą do „gorszego sortu” istot. Ludzie, nie-ludzie. Prawie zwierzęta. I tak jak ze zwierzętami, można coś z nimi zrobić, w zależności od genialnych pomysłów przywódców. W zależności od tworzonego przez tych przywódców prawa… Jacyś niemieccy inżynierowie projektowali technologię ludobójstwa, rozrysowując w swoich przytulnych pracowniach najbardziej wydajne modele komór gazowych… Mieli dzieci, żony, kochali swoje zwierzęta… Byli wykształconymi, kulturalnymi, wrażliwymi ludźmi. To nie zwyrodnialstwo jest najbardziej powszechną przyczyną masowych zbrodni, ale oportunizm, wygodnictwo i myślowe lenistwo.

Czyż niemyślenie, zabijanie w sobie wrażliwości dziecka, bezrefleksyjne uleganie obowiązującym normom, procedurom, wymaganiom przełożonych i rządzących nie wiąże się czasem z niszczeniem w sobie pierwiastka boskiego, nie staje się zbrodnią…

Jesteśmy jednością. Duchową jednością. Nie wolno o tym zapominać. Jesteśmy stworzeni do miłości, do dawania siebie innym, do zmieniania świata na lepsze, do empatii, do współodczuwania z innymi ludźmi, z przyrodą. Niektórzy twierdzą – i być może mają rację – że jesteśmy stworzeni do świętości.

Radosnym, kolorowym, głośnym i czystym przejawem tej jedności, miłości, empatii  jest dzisiejszy jubileuszowy Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy!

Pomaganie bez wyrzekania się, nadęcia, zadęcia, cierpiętnictwa, namaszczenia. Z uśmiechem. Z muzyką. Niezłą zabawą. Pomaganie z radością, że możemy pomagać, że chce nam się pomagać, że tylu spośród  nas chce się pomagać! I że jesteśmy razem! Tylu z nas!

Dzisiaj nie jesteśmy gorsi od lasu! Drzewa w lesie współdziałają, pomagają sobie w chorobie i nieszczęściu. Można o tym przeczytać w niezwykłej książce „Sekretne życie drzew”, a w ostatniej „Polityce” znajdziemy wywiad z jej autorem, niemieckim leśnikiem Peterem Wohlleben’em.  Ta wiedza nie jest wynikiem ludowych wierzeń lecz naukowych badań. Warto przeczytać jeden i drugi tekst. A jest on absolutnie obowiązkową lekturą dla wszystkich nauczycieli biologii. Na koniec cytat z tej książki, przypominam – mowa jest o drzewach, które niektórzy ludzie uważają za rzeczy: „Usuwanie nierówności dokonuje się pod ziemią poprzez korzenie. Zachodzi tam najwyraźniej żywa wymiana. Ten, komu zbywa, dzieli się z innymi, biedak dostaje pomoc w potrzebie. I tu znów angażuje się grzyby, których olbrzymia sieć funkcjonuje jak gigantyczna maszyna dystrybucyjna. Przypomina to nieco system pomocy społecznej…”

Bądźmy piękni jak drzewa! Bądźmy piękni jak dziś!

 

 

KOLEJNY SUKCES NASZYCH!

Dzisiaj przedstawiciele naszej szkoły odnieśli – po raz drugi w tym roku szkolnym – sukces w Warszawskiej Lidze Debatanckiej.

Pokonali drużynę Słowackiego. W dzisiejszej potyczce wystąpili uczniowie klasy Super IB – Mateusz Nowakowski jako jedynka, Paulina Matuszyk jako dwójka, Zuzanna Dróźdź jako trójka.

Debiutował – znakomicie ! – Marcin Michalski z klasy 1 pre-DP – jako czwórka. Jurorzy jednogłośnie przyznali zwycięstwo drużynie MIS, wyróżniając ponadto za jakość wystąpienia Paulinę Matuszyk.

Teza, którą musieliśmy podważyć, nie była prosta: „To paraolimpiada, a nie olimpiada jest dziś prawdziwym świętem sportu”.

Przypominam, że 30 listopada 2016 r. – również w zwycięskiej debacie – nasz zespół obalił tezę: „Relacja mistrz-uczeń w szkole to już przeszłość”.

W styczniu – kolejne zmagania.

W przygotowaniach do dzisiejszej debaty brali udział ponadto: Nicole Ukwenya, Jakub Boczoń, Hubert Tomecki i Alan Żaczek.

Funkcję marszałków debat pełnili: Janusz Sasorski i Nicole Ukwenya.

Uczniów wspierał koordynator CAS Jakub Lorenc.

Wszystkim dziękuję, także – za emocje, których doświadczałam jako widz!  I z ogromną radością – gratuluję!!!

 

NASTOLATKĄ BYĆ

Słuchamy ostatniej płyty zespołu „The Rolling Stones”.

Brzmienia jak z lat sześćdziesiątych. Zwłaszcza gitara taka ciężka, bluesowa … Z trzewi… Szkoda, że nie umiem pisać o muzyce…

A przecież muzyka jest dla mnie tak ważna… Jak miłość…

Miałam jedenaście, dwanaście, trzynaście lat… Szalona miłość do … Adama Mickiewicza. Jego portret z 1 tomu Narodowego Wydania Dzieł Adama Mickiewicza z 1949 roku

- stale obecny pod powiekami. Uczenie się na pamięć jego tekstów dawało autentyczną rozkosz. Melodia tych wierszy była ukojeniem i przenosiła w inne światy.

Potem pojawili się kolejni idole – Alain Delon, Andrzej Łapicki… Także muzycy. W tej grupie największą miłością był Czesław Niemen. Jego „Dziwny jest ten świat” z 1967 r. wyrażał emocje ówczesnych nastolatek. W szkole podstawowej było nas trzy, z jednej klasy, szalone fanki Niemena: Ilona, Marylka i ja. One dwie niegrzeczne, miały wiecznie palce poplamione zielonym atramentem, który był w szkole zakazany. Należało pisać wyłącznie atramentem niebieskim. Używanie zielonego było elementem kontestacji i młodzieńczego buntu, za który obniżano ocenę ze sprawowania. Ja jeszcze wzorowa i podporządkowana na zewnątrz, ale w ukrywanych szczelnie emocjach szalały już dzikie tajfuny.

Padałam zalana łzami na kolana przed odbiornikiem telewizyjnym marki „Belweder”. Najczęściej podczas krytycznych migawek z koncertów Czesława Wydrzyckiego w Kronice Filmowej. Dorośli komentowali – Czemu on tak krzyczy, nie mógłby normalnie śpiewać? I początek domowej awantury gotowy.

Byłam na dwóch jego koncertach.

Z mamą – w Sali Kongresowej. Miałyśmy bardzo dobre miejsca, w jakimś dziesiątym pewnie rzędzie. Obok mnie siedziała jedna z Alibabek. Widownia była zdystansowana, tak wówczas wypadało. Powinnam być szczęśliwa. Jednak z zazdrością patrzyłam na Ilonę i Marylkę, którym w końcu udało się – razem z grupą ogarniętych absolutną euforią dziewczyn – przerwać kordon milicjantów,  wedrzeć się za kulisy i tam dopaść wokalistę, czym będą chwalić się zapewne do końca życia.

Z tatą – w 1968 r. w kinie „Moskwa”, po wydaniu płyty „Sukces”. Tam już na widowni totalne szaleństwo. Po koncercie, pozostawione na sali – męskie marynarki i damska bielizna. A na ulicach panował szary i sztywny PRL. Takie wtedy były niezwykłe kontrasty.

W szkole podstawowej przedmiotem nastolatkowych dziewczęcych ekscytacji byli także nauczyciele. Wychowawca, historyk, pan Wojciech Machowski. Fizyk. Chemik. Ale najbardziej – nauczyciel muzyki, którego nazwiska nie pamiętam. Lekcje muzyki zamieniał nam w fortepianowe koncerty. Większość klasy zajmowała się czymkolwiek, ale nie my – trzy fanki: Ilona, Marylka i ja. Taka scena. Wiosna. We trzy podążamy ul. Filtrową do lodziarni. Mija nas tramwaj. Zaraz po nim – biegnie  nasz nauczyciel muzyki. Piękny. W eleganckim, jasnym garniturze (na ulicach obowiązywały wtedy szare ubrania). I raptem z naszych gardeł wydobywa się pisk, jak na koncercie. Piszczę i ja, choć taka wzorowa, a jakakolwiek ekspresja na ulicach nie jest w latach sześćdziesiątych normą. Nasz nauczyciel odwraca się, uśmiecha do nas i dopada ruszającego z przystanku tramwaju. Ta radosna chwila absolutnego młodzieńczego uniesienia pozostanie w mojej pamięci do końca życia.

Pojawiały się pocztówki z nagraniami zachodnich kapel. Miałam jedną, z zespołem „The Animals”. I na niej właśnie niesamowite solowe partie gitarowe, takie z zatrzymaniem, zapadaniem się, poprzedzającym ponowną eksplozję. Czasami zespoły ze świata koncertowały w Sali Kongresowej. Byłam na jednym jedynym takim koncercie – zespołu „The Marmalade”.

W telewizji czasami można było zobaczyć „chłopców z Liverpoolu”, czyli zespół „The Beatles”. Dostęp do muzyki rockowej był bardzo ograniczony. W zasadzie kontakt z nią można było mieć wyłącznie za pośrednictwem Rozgłośni Harcerskiej, w której pojawiły się takie radiowe osobowości jak Wojciech Mann, Piotr Kaczkowski, Marek Gaszyński i Jerzy Owsiak. Pamiętam swoje zafascynowanie aksamitnym głosem Piotra Kaczkowskiego. I kolejnymi idolami – Krzysztofem Klenczonem, Sewerynem Krajewskim, Wojciechem Kordą… Dziesięć lat później, już w końcówce lat siedemdziesiątych – radio Luxemburg, odbierane dzięki prowizorycznej antenie w postaci drutów łączących odbiornik radiowy z oknem, rozpoznawane dzięki „Papai” Urszuli Dudziak. A w nim – Jimi Hendrix i Janis Joplin, o której długo myśleliśmy, że jest czarnoskóra…

Słucham ostatniej płyty „Stones’ów”… Myślę o sobie – nastoletniej. I zastanawiam się, jakich idoli mają nasze gimnazjalistki i piątoklasistki… Kto teraz targa ich emocjami… Dla kogo skłonne są oszaleć… Muszę to w końcu sprawdzić.

 

 

DZIECIĄTKO

Przyszło na świat. Całkiem niedawno.

Myślimy, kim będzie… Jaka jego droga… Jaka misja do wypełnienia…

Potem obserwujemy, czy ciągnie ją/jego bardziej do liter, czy bardziej – do liczb. Czy lubi słuchać bajek, czy woli ruch na świeżym powietrzu… Próbujemy pokazywać różne atrakcje, różne radości… Staramy się, żeby zachowała/zachował równowagę między różnorodnymi aktywnościami i rozwijała/rozwijał się harmonijnie pod względem emocjonalnym, intelektualnym i fizycznym. I podążamy za nią/za nim, chcąc poznać lepiej, zrozumieć potrzeby, ułatwić wybory…

Ale – na Boga! – nie wybierajmy za nią/za niego. Nie zmuszajmy – podobno dla jej/jego dobra – do wybrania naszej wymarzonej drogi!!!

Niech nam się nie wydaje, że – doświadczeni przez życie – wiemy lepiej!!!

Bo nie wiemy.

Trochę więcej pokory przed Sensem, którego do końca nie znamy, który nie jest w całości przed nami odkryty.

Jakże często „władcy dzieciątka” – dorośli mają tę niezachwianą pewność, że powinno ono zostać prawnikiem lub bankierem… Albo kontynuować tradycję rodzinną – lekarską, farmaceutyczną, biznesową. Bez względu na pragnienia. Bez względu na imperatyw wewnętrzny, misję, którą czuje. Czy uda mu się uciec przed naciskami otoczenia? Przed oczekiwaniami najbliższych, najważniejszych dla siebie osób? Przed tymi, którzy – we własnym ograniczeniu – sądzą, iż wiedzą lepiej? Chcą rozsądniej i bezpieczniej? Żeby nie powiedzieć – w jedynie słuszny sposób. Zamiast z szacunkiem i ciekawością obserwować rozwój, przycinają Dzieciątko do wykreowanych przez siebie szablonów, zabierają mu radość samorozwoju, radość życia. Wpędzają najpierw w nudne obowiązki z przymusu, a potem – w depresję, która wysysa cały potencjał, niszczy dynamikę życia… Pozbawia poczucia misji, poczucia sensu i smaku istnienia, wpędza w chorobę.

Czasami próbują też w swoje szabloniki przycinać innych dorosłych.

Przy świątecznym stole zdarzyło mi się usłyszeć, że co prawda świetnie, że mam na sobie krótką sukienkę, w przeciwieństwie do tamtej długiej i falbaniastej (co za pomysł, żeby coś takiego założyć!), w której widziano mnie ostatnio, ale fatalnie, że nie farbuję sobie włosów, bo przecież chyba nie zamierzam się tak jawnie starzeć, jak Krystyna Janda…

Ufff! Jakże trudno Maleńkiemu taką presję wytrzymać, skoro dorosły często traci rezon.

W dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” – artykuł Elżbiety Manthey „Nie psujmy im dzieciństwa”!

Cytat z niego: ”Dziecko rodzi się jako najlepsza wersja siebie. Ale ta wersja karleje w procesie wychowania”. Gorąco polecam wszystkim nauczycielom, rodzicom i dziadkom! Nie produkujmy karłów! Nawet – jeśli zostaną, niezgodnie ze swoimi pragnieniami – prawnikami, bankierami, lekarzami, ludźmi biznesu… Szukającymi rozpaczliwie sensu i radości życia w kupowaniu różnych gadżetów, które „wszyscy mają”, lub – na kanapce u terapeuty.

KIEDY OGLĄDAMY MIGAWKI Z ALEPPO…

Kiedy oglądamy w telewizji migawki z Aleppo, widzimy zdjęcia tego miasta w gazetach, czasem przypominamy sobie archiwalne materiały z Warszawy 1944 roku. Niekiedy wspominamy też obrazy prezentowane na żywo w TVN we wrześniu 2001 roku – ruiny World Trade Center. Myśli nie są wtedy wesołe. Żadne mury, żadne sejfy, żadne schrony, a także zadowalający stan konta bankowego nie mogą uchronić nas przed złem, choć często tak właśnie się łudzimy. Gromadzimy środki. Wznosimy mury. Pogłębiamy schrony. Zbroimy armię. A zło było, jest i będzie… Zło i brzydota… Bo zło ma wykrzywioną, plugawą twarz – destrukcji, rozkładu, brudu, zgliszcz, smrodu… Jak egzystować, żeby nie oszaleć…. Jak minimalizować jego istnienie… Odpowiedzią jest – jak sądzę – dawanie siebie innym: swoich umiejętności, zdolności, ciepła, piękna wewnętrznego świata, bliskości, uśmiechu… Dawanie dobra. Dawanie tego wszystkiego – w każdych warunkach, także ekstremalnie złych. Jakby nigdy nic.

Dawanie nie jest wyrzekaniem się. Nie jest ofiarą. Nie jest dyskomfortem.

Wręcz przeciwnie – dawanie jest przejawem mocy, siły wewnętrznej, potencjału, żywotności. Mało tego – sądzę, że dawanie jest najtrwalszym, najbardziej pewnym i stabilnym fundamentem naszej egzystencji. Tyle z naszego życia, ile damy z siebie innym, ile zostawimy w innych samego siebie – własnych myśli, emocji,  własnego ciepła i bliskości. Wszystko inne jest złudzeniem, oszustwem, fatamorganą.  A ratowanie – od śmierci, bólu, rozpaczy, samotności – jednego człowieka JEST ratowaniem całego świata.

Przyjemnie jest uratować cały świat!!!

Więc sprawmy sobie przyjemność – przynajmniej raz w roku – i ratujmy cały świat! On bardzo tego ratunku potrzebuje.

Podczas piątkowego świątecznego kiermaszu charytatywnego rozmawiałam przez chwilkę z mamą naszych uczniów i usłyszałam od niej taką historię. Ktoś zbierał pieniądze na schronisko dla psów. Syn prosił mamę o wsparcie. Mama pomyślała – do tylu akcji charytatywnych już się przyłączyliśmy… Wystarczy. Ile można. I wtedy chłopiec zapytał – a gdybyś ty była głodna i prosiła o pomoc, a ktoś by ci powiedział, że już pomógł wielu innym osobom i już więcej nie będzie, jakbyś się czuła… No i faktycznie. Miał rację.

Tegoroczny kiermasz był wyjątkowo radosny i żywy. Zebraliśmy także rekordową sumę pieniędzy – 11.503,24 zł na Polską Akcję Humanitarną, ze wskazaniem na Syrię i 190 zł na UNICEF ze sprzedaży kartek świątecznych wydrukowanych przez tę organizację.

Kiermasz był kolejną aktywnością pomocową podjętą przez uczniów i nauczycieli Monnet International School w ostatnich dniach. Wcześniej pomogliśmy Hospicjum św. Krzysztofa i fundacji onkologicznej.

Licealiści – Sara Awtani, Gabrysia Kiczor-Bentkowska, Kuba Boczoń, Janusz Sasorski i Mateusz Jaranowski dali wiele radości naszym przedszkolakom 6 grudnia.

Nasz szkolny Teatr Monneta przygotował na otwarcie kiermaszu zabawne, a jednocześnie – klimatyczne przedstawienie. Scenariusz stworzyli licealiści i gimnazjaliści. Akcja dzieje się na lotnisku w wigilię Bożego Narodzenia. W związku z fatalnymi warunkami atmosferycznymi odwołano wszystkie loty. Sfrustrowani pasażerowie, pochodzący z różnych stron świata, opowiadają, jakie wigilijne przyjemności ich ominą. W końcu zawiązują się między nimi sympatyczne relacje. Składają sobie życzenia. Okazują życzliwość. Zdenerwowanie niewygodną sytuacją mija. Wreszcie samoloty znów zaczynają startować. Każdy rusza w swoja stronę.

Gratuluję wykonawcom – Alicji Fidler, Weronice Kowalskiej, Jankowi Pasikowi, Marcinowi Michalskiemu, Paulinie Bogusz, Karolinie Gurazdowskiej, Magdzie Bednarczyk, Neli Jeziorskiej, Wiktorii Chrzanowskiej, Klarze Mikulskiej, Kindze Grzebieluch, Maksymilianowi Murawskiemu, Jannikowi Fischerowi, Oldze Jaworskiej – i opiekunce Teatru Monneta Krystynie Szrajber.

Dziękuję przedszkolakom i dzieciom z podstawówki, które wykonały wiele przepięknych ozdób choinkowych i kartek, oraz – ich wszystkim nauczycielkom.

Dziękuję rodzicom dzieci i młodzieży za dostarczenie wspaniałych wypieków – na stoiska i do kawiarenki, a mamie Antka Burego i wychowawczyni kl 1 gimnazjum – Katarzynie Burzyńskiej-Pefkevie za koordynowanie pracy kawiarenki. Mamie Klary, Adeli i Róży Grzędy – za zorganizowanie całego stoiska z własnymi wypiekami. Dziękuję wychowawczyni kl. 1 pre-DP Renacie Dziurze za zorganizowanie loterii fantowej i zapewnienie wszystkich – bardzo atrakcyjnych! – fantów. Dziękuję niezawodnej Marysi Czajkowskiej, która wraz z mamą – już kolejny rok – organizuje stoisko z piękną biżuterią. W tym roku pojawiły się na nim także piękne, misternie „strzyżone” karteczki.

Dziękuję wszystkim – dużym i małym – sprzedającym i kupującym! Dzięki ich aktywności zebrano 6.413,24 złote!

Dziękuję pomysłodawcy i organizatorom aukcji obrazów piątoklasistów – wychowawcy klasy piątej Samuelowi Trześniewskiemu, nauczycielce Visual Arts Marcie Pokorskiej oraz uczniom klasy super-IB: Wiktorii Świderskiej, Michałowi Franasowi i Valerii Svechnikovej.

A przede wszystkim artystom, twórcom pięknych obrazów – uczniom klasy piątej.

Podczas aukcji obrazów sprzedano także trzy pary pięknych eleganckich kolczyków, podarowanych na ten cel przez mamę Ani i Janusza Sasorskich.

Z aukcji zebrano 5.280 zł.

A to przecież nie wszystko…

Równolegle z przygotowaniami do kiermaszu trwało kompletowanie Szlachetnej Paczki.

W tym roku społeczność Monnet International School obdarowała dwie rodziny.

Rodzice, uczniowie i nauczyciele Prywatne Szkoły Podstawowej nr 95 skompletowali paczkę dla kobiety wychowującej czworo dzieci samotnie, bowiem mąż i tata zmarł w sierpniu tego roku. Rodzina otrzymała 32 paczki, w tym – nową kuchenkę – o łącznej szacowanej wartości ok. 10 tysięcy złotych.

Rodzina obdarowana przez społeczność przedszkola to kobieta samotnie wychowująca dwóch chorych synów. Wartość darów – w tym nowej lodówki za 1400 zł, ubrań, żywności, książek, przyborów szkolnych to również kilka tysięcy złotych. Do tej paczki dorzucili się uczniowie gimnazjum i liceum.

Jesteśmy niezbyt dużą szkołą, ale mamy wielkie serca!

Możemy być z tego dumni!

Bądźmy wdzięczni Janinie Ochojskiej – twórczyni Polskiej Akcji Humanitarnej, księdzu Jackowi Stryczkowi – pomysłodawcy Szlachetnej Paczki, doktorowi Ludwikowi Rajchmanowi – współtwórcy UNICEFu i innym inicjatorom akcji pomocowych.

Za chwilę pamiętajmy o Jerzym Owsiaku i jego Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy.

Może kiedyś ktoś z nas wymyśli jeszcze jakąś nową, lepszą, skuteczniejszą formę pomagania innym…

SUKCES LICEALISTÓW!

Dzisiaj – ogromny sukces naszych licealistów w Warszawskiej Lidze Debatanckiej!

Wygrali 5:0 pierwszą w tym roku szkolnym potyczkę, z drużyną Hoffmanowej! Obronili tezę: Relacja mistrz – uczeń nie jest przeszłością. Z widowni padł komentarz, że chyba uczą się w idealnej szkole.

W debacie uczestniczyli-

z klasy SuperIB: Kamil Baranowski, Zuzanna Dróżdź, Magda Kurdziałek, Jacek Lewocki, Paulina Matuszyk, Mateusz Nowakowski, Zosia Śliwa;

z klasy III DP: Wiktoria Dworniak i Michalina Olejnicka.

Drużynę tworzyli: Mateusz Nowakowski jako jedynka, Paulina Matuszyk jako dwójka, Zuzanna Dróżdż jako trójka i Wiktoria Dworniak jako czwórka.

Serdecznie gratuluję naszym wspaniałym uczniom! Jestem pewna, że w tym roku – po takim starcie! -uda się Wam dotrzeć do finału WLD.

Dziękuję koordynatorowi CAS – Jakubowi Lorencowi.

WIECZÓR PO CIĘŻKIM I DŁUGIM DNIU

Dzień był długi, mało porywający, w smogu i mgle. Boli kręgosłup i nogi, bo wracamy do domu po kilkunastu godzinach. Ogarnąć przedmioty i do łóżka, bo jakiś problem z zatokami i zimno. Marzy się herbatka, soczek, imbir i ciepły koc. Tęsknota za hygge, duńskim sposobem na życie. Dzieci i wnuki przyjdą jutro – miła perspektywa, kanapowo-dywanowo- integracyjna. Będzie obowiązkowo dobra herbata i wełniane koce. Czyste hygge! Pod warunkiem, że dziś nastąpi szybka regeneracja. Mąż włącza płytę. Eric Clapton! Jak przed laty… I nagle chce się tańczyć! Jak przed laty… I tańczymy! Jak przed laty… Ja i on, i rock and roll! Już czterdzieści lat! Wciąż i wciąż!