PREZENT NA DZIEŃ DZIECKA

Trudny wybór! Tyle wszystkiego! I to piękne! I tamto! Oldskulowe drewniane klocki i równie oldskulowe klocki typu lego. Reprinty klasyków literatury dziecięcej i przepięknie wydane książki, stworzone przez  współczesnych pisarzy i grafików. Najnowsze elektroniczne hity i niszowe, ekologiczne, wysmakowane zabawki drewniane. Auta na akumulatory i drewniany domek do zabawy na drzewie.

Tyle atrakcji „na mieście” – lodziarnie, place zabaw, wesołe miasteczka, centra naukowe, muzea, kina, teatry, galerie…

Chcielibyśmy nieba przychylić naszym pociechom! Dać im jak najwięcej radości! Bagażniki pełne zabawek! Weekendu brakuje na wszystkie wartościowe atrakcje!

I świetnie! Atrakcje dają dzieciom wiele radości! Są potrzebne! Inspirują! Rozwijają!

Czasami jednak, w biegu i codziennej krzątaninie, zapominamy o rudymentach.

Zbyt często, żeby nie powiedzieć – nagminnie, w przestrzeni publicznej jestem świadkiem zachowań wobec dzieci, których być nie powinno, które wynikają ze zniecierpliwienia, frustracji, pośpiechu, „wyłączenia” rozumu i empatii.

  1. Emocjonalne karcenie w miejscach publicznych, wobec obcych ludzi. A już nie daj Boże – w obecności rówieśników, na szkolnym czy też przedszkolnym korytarzu. Tego robić nie wolno! Nigdy! Nawet jeśli dziecko bardzo prowokuje. Trudne sprawy ZAWSZE należy załatwiać z szacunkiem i w cztery oczy. Im większa wina, im większe nasze potępienie czynu dziecka, tym mocniejsze, wyrazistsze musi być okazanie mu naszego szacunku i naszej dla niego miłości. Inaczej – upokarzamy, odtrącamy, „ładujemy” je agresją i lękiem. Przekaz musi być jednoznaczny – oburza mnie twój czyn, ale kocham ciebie, wierzę, że jesteś mądrym i dobrym dzieckiem, rozumiesz swój błąd i więcej nie będziesz się tak zachowywać.
  2. Porównywanie i ocenianie. Ktoś miał większą rolę podczas szkolnego przedstawienia. Ktoś inny lepiej napisał sprawdzian. Nikt poza naszą pociechą nie dłubał w nosie podczas przedszkolnej uroczystości. Upominamy więc i karcimy, porównując – „Zobacz, jaka Basia mądra i grzeczna! A ty tak nie możesz?”. „Dlaczego moje dziecko nie zagrało w tym przedstawieniu głównej roli?! To jest dyskryminacja!” Takie porównywanie i ocenianie jest zawsze przejawem naszego lęku, naszej niepewności – „Czy moje dziecko jest mądre…”, „Czy poradzi sobie w życiu…” . Porównując i oceniając „sprzedajemy” dziecku nasz lęk. Teraz ono zawsze będzie się porównywać z innymi, „mądrzejszymi”. Będzie karmić siebie lękiem przed kolejną klasówką, kolejnym występem. Będzie miało coraz mniej radości ze „smakowania” życia, pokonywania własnych barier i słabości, podejmowania ryzyka, bycia aktywnym i dzielnym. Będzie miało coraz mniej radości z rówieśniczych relacji – kolega stanie się rywalem lub niegodnym naszej uwagi słabeuszem, skazanym na ostracyzm.  Lęk wyczerpuje życiowe baterie i skazuje na samotność. Jego efektem jest depresja. Mamy epidemię depresji wśród polskich dzieci, zwłaszcza – nastolatków!
  3. Lęk przed innym. Ktoś jest zbyt tęgi. Ktoś – zbyt chudy. Ktoś za niski. Ktoś za wysoki. Ktoś zbyt szybko pracuje, ma stale podniesioną rękę gotów do odpowiedzi, drażni nadaktywnością. Ktoś nie może nadążyć za WIĘKSZOŚCIĄ. Denerwująco wlecze się w ogonie. Ktoś – „zbyt”, „za bardzo”, „za mało”. Po prostu – „inny”, „nie taki, jak należy”, „nie taki, jak większość”. A więc odsuwamy się. Przyglądamy krytycznie. Nie lubimy inności. „Nakręcamy się” coraz bardziej w tym nielubieniu. Wyłania się ktoś, kogo NALEŻY pomijać. Kogo NIKT nie lubi. Kogo się unika w zabawie i pracy w grupie. I kogo na pewno nie zaprasza się do domu, na imieniny czy urodziny. Oczywiście dziecko ma prawo mieć swoich ulubionych przyjaciół. Jeśli na imieniny czy urodziny zaprasza dwoje, troje, czworo ulubionych koleżanek i kolegów, to w porządku. Jeśli ma ochotę zaprosić całą klasę – OK. Ale jeśli zaprasza całą klasę, poza jedną osobą, tą „inną”, to mamy dramat. I jest to dramat nie tylko tego wykluczonego dziecka. Myślę, że jeszcze bardziej jest to dramat tego dziecka, które zaprasza. Biedne jest i to, które słyszy, że nie będzie zaproszone. I to, które mówi: „ciebie zaproszę, a ciebie – nie”. Dorosły, który aprobuje, czy wręcz – inspiruje taką sytuację, nie rozwiewa lęku przed „innym”, a go podkręca. Mało tego – generuje również lęk własnego dziecka przed wykluczeniem. Bo przecież i naszemu dziecku może się przydarzyć gwałtownie przytyć lub schudnąć, przestać rosnąć lub wystrzelić gwałtownie, albo zachorować i na skutek tej choroby zmienić się, „zdziwaczeć”. Dziecko o tym wie. Widząc, że wykluczanie „innego” jest normą także wśród najbliższych, zaczyna się bać, że samo kiedyś stanie się „innym”, a więc – wykluczonym.
  4. Przedmiotowe traktowanie. Dziecko jest przy nas, obok albo w innym pokoju, niby zajęte czymś, ale przecież słyszy… A my rozprawiamy bez żadnej kontroli, bezpośrednio lub przez telefon… O jego dolegliwościach… O jego sekretach… Lękach… Śmiesznych takich… O jego kolegach… Ocenach… Głupich błędach na klasówkach… Bo przecież musimy zagadać nasz lęk, że nie radzi sobie, że chore, że mamy ciężko… Same problemy z nim. Znów zgubił. Znów nie zrozumiała polecenia. Znów pobił się z kolegą. Znów ma zapalenie oskrzeli. Już nie mogę, nie mam sił. Kolejny antybiotyk. Nieprzespane noce. Wywlekanie, przegadywanie, naświetlanie tego, co trudne, bolesne, intymne… Wpędza dziecko w samotność… Wpędza w lęk jeszcze większy. Utrwala problemy. Utrwala przeświadczenie – jestem nieudany, są ze mną same kłopoty, bliscy przeze mnie cierpią.

Takie są najczęstsze nasze grzechy. Grzechy tych porządnych, kulturalnych dorosłych. Bo o grzechach tych z tzw. marginesu często donoszą media. Dziewczynka trzymiesięczna… Chłopczyk dwuletni… Bo płakała… Bo marudził… Bo był niegrzeczny… A jeszcze dwa promile we krwi… Więc prokurator… Itp. Itd.

Myślę o najcenniejszym prezencie na dzień dziecka – „włączeniu” rozumu i empatii do naszej z nim komunikacji. „Włączeniu” nie jednorazowym, ale – o początku stałego treningu komunikacji z dzieckiem – bez przemocy, agresji i zapominania, że ono przecież rozumne – słyszy i wie, o co chodzi. I że jest człowiekiem – już teraz.

Tego życzę wszystkim dzieciom z okazji dnia dziecka, oprócz licznych atrakcji i wspaniałych zabawek.

 

LITERACKA W DESZCZU

Już drugi rok pogoda nas nie rozpieszcza. Tuż po godzinie dziesiątej zaczęło padać, a rtęć w termometrach skurczyła się niemiłosiernie.

Duch w IB-kach jednak nie zaginął! Ich kreatywność i entuzjazm nie osłabły. Nasi dzielni uczniowie z klas: piątej podstawowej, pierwszej, drugiej i trzeciej gimnazjum oraz licealiści z pre-DP z zapałem grasowali po Nowym Świecie, chcąc poetyckimi klimatami zarazić jak najwięcej przechodniów. Recytowali na głos, rozdawali karteczki z tekstami wierszy, poddawali napotkanych ludzi ankietom i testom. Wszyscy zasługują na pochwały, chciałabym jednak szczególnie wyróżnić kilka osób, które przejawiły wyjątkową pomysłowość i inwencję twórczą.

Maja Chotkowska i Mania Zimecka ściągały uwagę przechodniów pięknymi orientalnymi strojami, kontrastującymi z szarością dnia i ulicy. Przywoływały „Klechdy sezamowe” Bolesława Leśmiana, prosząc tych, którzy chcieli się na chwilę zatrzymać, o uzupełnienie ostatniego wersu fragmentu poetyckiego tekstu.

Uczniowie klasy pre-DP: Hubert Tomecki, Marcin Michalski, Alan Żaczek urządzili w kawiarnianym ogródku literacką debatę. Ubrani stylowo wcielili się w postacie Adama Asnyka (Marcin), Leopolda Staffa (Hubert), Bolesława Leśmiana (Alan). Sara Awtani (z tej samej klasy) wykonała transparent, informujący o Literackiej Mapie Warszawy, a Janek Pasik zaprojektował na dzisiejszą okazję ciekawy znaczek: „Poezyja górą!”. Na wykonanie przypinek złożyła się cała klasa pierwsza. Literacka Mapa Warszawy 2017, wspaniały uliczny happening organizowany przez nas od 2008 roku, przyniósł nam znowu wiele wspaniałych wrażeń i ciekawych obserwacji ludzkich zachowań.

 

 

WARSZTATY POLONISTYCZNO-KULTUROWE W KRAKOWIE

Nasz wyjazd do Krakowa okazał się bardzo pracowity i inspirujący. Gdy tylko dojechaliśmy do dawnej stolicy i spacerem po Plantach dotarliśmy do hotelu, czas było wyruszać ku pierwszym punktom programu. Każdy dzień miał swój temat – pierwszy był dniem tradycji żydowskich. Zwiedziliśmy Synagogę Starą, w której poznaliśmy żydowskie święta i zwyczaje, a także zapoznaliśmy się z wielowiekową obecnością mniejszości żydowskich na terenie Galicji. Był to wstęp do następnego punktu programu: zwiedzania Muzeum Galicja, w którym współczesne zdjęcia uświadomiły nam obecność i zarazem zanikanie śladów żydowskiej pamięci wokół nas. To była lekcja wrażliwości. Dzień zakończyliśmy spacerem po Kazimierzu, poprowadzonym przez grupę odpowiedzialną za przebieg tego dnia wyjazdu, czyli przez Gabrysię, Sarę i Janusza.

Początkowo byłam do wycieczki sceptycznie nastawiona. Już wieczorem pierwszego dnia wyjazdu zapomniałam o moim wcześniejszym podejściu. Każdy dzień był inny i dotyczył innego tematu, takiego jak historia (polska i żydowska) oraz kultura, sztuka teatralna, poezja i literatura czy wystąpienia publiczne. Świetna organizacja całej grupy, każdy dzień dokładnie zaplanowany i wypełniony zwiedzaniem Krakowa. Ala

Drugi dzień zielonej szkoły, dzień literatury i sztuki współczesnej, był szczególnie intensywny. Z samego rana odwiedziliśmy wystawę „Szuflada Szymborskiej”. Poznaliśmy tam inne, nieoficjalne oblicze poetki i daliśmy się zauroczyć jej wycinankom, loteryjkom, a przede wszystkim niezwykłemu podejściu do życia. Zainspirowani wystawą ruszyliśmy na lekcję analizy i interpretacji wiersza Szymborskiej do kawiarni. W niecodziennej atmosferze zmierzyliśmy się z „Ludźmi na moście”: wierszem prowadzącym dialog z dziełem Hiroshige Utagawy. Po trudach analizy i interpretacji ruszyliśmy do Galerii Sztuki XX Wieku, gdzie odbyła się lekcja muzealna pt. „Interpretacja czy nadinterpretacja?”. Uczniowie interpretowali dzieła m.in. Tadeusza Kantora czy Magdaleny Abakanowicz. Praca w grupach okazała się szczególnie owocna: nasza przewodniczka podkreśliła, że dawno nie zetknęła się z tak aktywną grupą i tak otwartymi umysłami. Jeszcze tego dnia wspólnie poprowadziliśmy spacer po Krakowie śladami Szymborskiej. O każdym z miejsc związanych z poetką opowiedział nam inny uczeń. Dzień zakończyliśmy indywidualnym zadaniem z analizy i interpretacji wiersza.

Chciałabym bardzo podziękować za wyjazd, ponieważ sądzę, że udało mi się trochę przełamać strach przed wypowiadaniem się. Najbardziej podobało mi się w Fabryce Schindlera, głownie ze względu na przewodnika, który (choćby przy użyciu chwil ciszy) wzruszył mnie i pozostawił w ciągłych rozmyślaniach. Również podobało mi się w Muzeum Narodowym, gdzie interpretowaliśmy obrazy. Uświadomiłam sobie, że sprawia mi to dużą przyjemność. Sara

Trzeci dzień był dla nas okazją do namysłu nad historią. Zaczęliśmy od zwiedzania Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W podziemiach rynku, w niezwykle nowoczesnej przestrzeni, spotkaliśmy się z Krakowem sprzed wieków. Potem szybki skok ku współczesności – ruszyliśmy tramwajem na Nową Hutę. Tam mieliśmy okazję pochylić się nad kwestią, jak polityka i ideologia wpływają na kształt miasta. Pozornie niezbyt zaskakująca przestrzeń okazała się pełna ukrytych działań i strategii władz. Na koniec dnia spojrzeliśmy na miasto z jeszcze jednej perspektywy: czasu okupacji. Zwiedzanie Fabryki Schindlera okazało się pouczającym, ale i poruszającym doświadczeniem. Duże wrażenie wywarły na uczniach słowa przewodnika: „Historii uczymy się po to, aby się nie powtórzyła”.

Cały wyjazd uważam za bardzo udany, jednak tym, co zostanie mi na długo w pamięci, będzie Muzeum Fabryka Schindlera. Wyjazd był dla mnie bardzo przyjemny. Gdym miał go powtórzyć, zrobił bym to z wielką chęcią. Janusz

Czwartek zaczął się intensywnie, bo dwiema godzinami pracy nad zadaniem z Lang-Litu. Po tym trudnym początku na szczęście czekał nas nieco luźniejszy dzień pod znakiem rekreacji. Uczniowie mieli czas, by samodzielnie pospacerować po Wawelu i Starym Mieście. Pogoda była przepiękna! Wieczorem wybraliśmy się do Teatru STU na „Wesele” Wyspiańskiego w niekonwencjonalnym wydaniu. Dzień zakończył się nocnym spacerem po malowniczo oświetlonym Starym Mieście.

Na wycieczce najbardziej podobał mi się dzień Szymborskiej. To jedna z moich ulubionych polskich poetek, a ten dzień pozwolił mi poznać dużo faktów z jej życia prywatnego. W Krakowie najbardziej podobał mi się Wawel i Wisła, która wyglądała pięknie w promieniach słońca. Muzyka klasyczna, grana przez skrzypków, wprowadziła mnie w bardzo spokojny stan, w którym mogłam cieszyć się pięknem obcego miasta i muzyką. Weronika

Ostatni dzień był okazją do podsumowania. Przeprowadziliśmy debatę, w której każda z grup prezentowała inny aspekt miejskiego rozwoju jako priorytet dla społeczności. Jedni bronili tezy o kluczowym znaczeniu upamiętnienia historii, inni o estetyce i inicjatywach artystycznych jako priorytecie miasta, jeszcze inna grupa broniła zasadniczego znaczenia ekologii i terenów zielonych, ostatnia zaś – roli dynamicznego rozwoju biznesu. Cztery dni w Krakowie dostarczyły wielu argumentów i dyskusja przebiegła burzliwie. Niestety, trzeba było ruszać na pociąg do Warszawy. Na dworcu kupiliśmy ostatnie bajgle na drogę i ruszyliśmy do domu.

Przy tej okazji chciałabym pochwalić uczniów klasy pre-DP. Wykazali się niezwykłą wytrwałością i ochotą do pracy nad ambitnymi zadaniami. Działali zespołowo i wspierali się nawzajem. Wykazali się zdolnością do refleksji i ciekawością godną ucznia IB. Czapki z głów!

Magda Mika

 

 

MAJOWA ZIELONA SZKOŁA

Między ósmym a dwunastym maja wszyscy uczniowie MYP i DP spędzili czas na wyjazdach edukacyjnych.

Gimnazjaliści i uczniowie klasy piątej penetrowali Wrocław i okolice – zamek w Bolkowie, Zamek Książ, Sztolnie Walimskie, Adrspach – Skalne Miasto. Zdobyli też Wielka Sowę.

Klasa 1 pre-DP odbyła magiczne warsztaty polonistyczno-kulturowe w Krakowie, opisane w kolejnym tekście.

Kl. 2 DP zrealizowała Group 4 Project (przedmioty z grupy Science), Field Work z biologii i geografii oraz Visual Arts Projects (land art, nature, photography).

 

SREBRNE PIÓRO

To była wspaniała przygoda! Do konkursu zaprosiła nas nasza ulubiona polonistka, pani Joanna Hermaniuk-Kwasik. Konkurs zorganizowało Stowarzyszenie Parafiada, z okazji setnej rocznicy śmierci Henryka Sienkiewicza .

W pierwszym etapie czasu nie było za wiele, ale udało mi się napisać esej na temat „Na początku było słowo..”. Chyba nie było najgorzej, ponieważ zajęłam drugie miejsce. To było bardzo miłe. Nigdy przedtem nie startowałam w konkursie literackim.

Drugi etap był trochę trudniejszy. Było to opowiadanie z wykorzystaniem gwary warszawskiej. Przeczytałam książkę autorytetu w tym temacie, profesora Bronisława Wieczorkiewicza, i kilka fajnych opowiastek Wiecha. Świetnie się bawiłam. Akcja mojego opowiadania toczyła się w przedwojennej Warszawie z udziałem mojego pradziadka Władysława. Wykorzystałam mój ulubiony hopsztos: „podróż w czasie”. Znowu zajęłam drugie miejsce i czułam się cudownie.

Trzecim etapem był scenariusz przedstawienia, oparty na motywach opowiadania. To z pewnością było najtrudniejsze. Zaopatrzyłam się we wspaniałą książkę amerykańskich hollywoodzkich scenarzystów – Robina Russina i Williama Downsa. Polecam każdemu, nawet jeśli tylko lubi oglądać filmy. Czas na przygotowanie scenariusza zbiegł się z feriami. Nie wahałam się ani chwili i poświęciłam je na pisanie. Bardzo mnie to wciągnęło. Przedwojenny kercelak, wyścigi konne, zabawna intryga kryminalna – taka była treść mojej sztuki. Wysłałam wszystko w ostatniej chwili i czekałam z drżeniem serca. Jury nagrodziło mnie srebrnym piórem. Złote pióro zdobył mój znakomity konkurent, Wiktor Typa, a brązowe pióro zdobyła koleżanka Ola Kotwas. Muszę tu przyznać, że Wiktor Typa na każdym etapie wyprzedzał mnie o jedno miejsce.

Konkurs zakończył się 15 maja wspaniałą galą z wręczeniem nagród i z inscenizacją przedstawienia, które zajęło pierwsze miejsce.

Będę pisała dalej. I ciąg dalszy nastąpi.

Serdecznie dziękuję mojej nauczycielce języka polskiego, pani Joannie Hermaniuk-Kwasik, za wsparcie i korekty mojej pracy. I oczywiście jestem wdzięczna organizatorom za ten wspaniały konkurs.

Prawdopodobnie w przyszłym roku gimnazjaliści będą znowu mogli spróbować swoich sił  w konkursie Parafiady. Spróbujcie! Naprawdę warto!

Amelia Olędzka

 

 

 

TURBULENCJE, KOINCYDENCJE…

Biedna nasza suczka… Smętnie siedzi ze spuchniętym, poranionym nosem i denerwującym plastikowym kołnierzem…

Dwa dni temu rano – na ogromnej polanie, którą mamy nieopodal domu – radośnie aportowała swoją gumową, kolorową piłeczkę, taką nietypową, z wypustkami przypominającymi kolce jeża.

Wróciła z pokiereszowanym nosem. Wydawało się, że w trakcie zabawy na nos spadła piłeczka.

Tego samego dnia, późnym wieczorem, na kolację – jak zwykle – przybył jeż. Jeże od kilku lat stołują się na tarasie, korzystając z kociej miski. Zimą śpią prawdopodobnie w naszym ogródku, bo wystarczy pierwszy cieplejszy wiosenny dzień, by nocą dobiegały nas odgłosy jeżowego ucztowania. Są prawie oswojone. Można sobie z nimi robić zdjęcia. Nie reagują na obecność Królewny Kici, która w takich razach siedzi zakłopotana, jakby zamyślona, nie przyznając się, że jednak widzi kolczastego intruza. Tym razem jednak jeż był w kiepskiej formie, wyraźnie powłóczył tylnymi łapkami, poruszał się wolno, z trudem, ale miseczkę opróżnił skutecznie.

Następnego dnia po powrocie do domu musieliśmy zabrać psinę do weterynarza. Ten stwierdził, że poraniona, zaropiała mordka jest efektem zderzenia nie z piłeczką-jeżem, ale – z jeżem prawdziwym. Wieczorem przybyły na kolację kolczasty stołownik prezentował już wyśmienitą formę, przebierał łapkami błyskawicznie. Gorzej z sunią – przez pięć dni musi odwiedzać weterynarza i dostawać bolesne zastrzyki.

Pozostaje wiele niejasności… Gdzie nasz ogródek, a gdzie polana… Czy powłóczący łapkami jeż był ofiarą zderzenia z Luną… A jeśli nie, cóż to za niezwykły zbieg okoliczności!

Czasami w życiu zdarzają się takie powieściowo-filmowe koincydencje.

SPÓŹNIONE!

No, wreszcie! Lepiej późno niż wcale!

Ciężka praca już wykonana! Wszystkie trzy paper’y napisane – i z business’u, i z biologii, i z ekonomii, i z angielskiego, a nawet z matematyki na trzech poziomach i niemieckiego!

I dopiero niektóre dołączyły do maturzystów i nieśmiało zaczęły kwitnąć. Myślę oczywiście o kasztanach; spóźnionych w tym roku nieprzyzwoicie.

Nie pamiętam matury bez kwitnących kasztanów!!! A przecież tak dużo ich było! Dwadzieścia dwie!

Zawsze kwitły – kasztany i bzy!

No cóż – wyjątkowo zimny maj, jak w piosence Kory:

„Zimny kraj, zimny maj

Koty śpią, miasto śpi

Czarodziejskie śnią się sny”.

Czy wśród bzowo-kasztanowego kwiecia, czy też – bez, trzymamy kciuki za maturzystów!

 

AZYL

W czasach w miarę normalnych azylem może być dom, czyli miejsce, w którym ktoś czeka z gorącą herbatą, gorącą zupą, gotów wysłuchać, przytulić, pocieszyć. Azylem mogą być ramiona, te jedyne, w których odlatujemy w inne wymiary. Może nim być zalany słońcem ogródek, pełen kwitnących leśnych fiołków, wydobywających się, nawet spod śniegu, mocarnych tulipanów, rozbrzmiewający śpiewem szpaków, kosów i „gadaniem” stadka bogatek i modraszek. Azylem może być nawet powieść lub wiersz…

W czasach owładniętych aberracją okrucieństwa i przemocy azylem staje się czasami inne państwo, ziemianka w lesie, a niekiedy … klatka drapieżnika.

Do kin trafiła w marcu ekranizacja książki amerykańskiej pisarki Diane Ackerman pt.”Azyl”. Bohaterką jej jest Antonina Żabińska, żona Jana Żabińskiego, dyrektora warszawskiego ZOO w latach 1929-1939 i 1945-1950.

Tak się składa, że dawno temu, kiedy miałam 7 – 14 lat, obydwoje byli moimi absolutnymi idolami. Czekałam na ich książki. Byłam też przekonana, że w przyszłości będę zoologiem. Od 1963 r. ukazywała się sześciotomowa publikacja Jana Żabińskiego pt. „Z życia zwierząt”. Czekałam na każdy tom. Dowiadywałam się z nich o rozmaitych fascynujących istotach – wielbłądach, lwach, altannikach, czy … motylicy wątrobowej. Byłam uzależniona od chyba cotygodniowych pogadanek Jana Żabińskiego w Polskim Radiu. Uwielbiałam też książki Antoniny Żabińskiej – „Dżolly i spółka”, „Rysice”, „Borsunio” i „Ludzie i zwierzęta”. Na egzemplarzu „Rysic”, wydanych w 1963 r. przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą, widnieje dedykacja: „Miłej Hani Buśkiewicz Antonina Żabińska 24/V/64”. Zdobyłam ją podczas targów książki w PKiN. Dla bardzo nieśmiałej dziewczynki był to nie lada wyczyn! W dalszym ciągu zachwyca mnie sposób opowiadania o zwierzęcych bohaterach. Oto emocje dwóch rysich sierot, które znalazły się w willi Żabińskich i siedziały gdzieś przyczajone pod szafą: ”Były zatem nogi: mniejsze i większe, obute w miękkie pantofle i skórzane, twarde trzewiki… Sukienne pantofle chodziły spokojnie, miękko i lekko… Potem coś delikatnie lecz mocno łapało za kark. Rysięta lubiły ten dotyk i chwyt palców. …. Być może skóra ich pamiętała jeszcze szczęki matki, która w ten sposób przenosiła je z miejsca na miejsce. … należną buteleczkę dostawały najczęściej na kolanach, gdzie łapki tonęły po prostu w ciepłej, puszystej „sierści” czerwonego szlafroka.”

Willa Żabińskich była azylem dla zwierząt – osieroconych lub chorych. Po salonie paradowały małe rysie, borsuk, kurczak, królik, prosiaczek i wiele innych. W czasie okupacji stała się także azylem dla kilkuset osób – głównie uciekinierów z getta, ale także harcerzy zajmujących się małym sabotażem, którzy po akcji nie mogli wrócić do domów, czy zagrożonych unicestwieniem – chorych psychicznie. Ukrywano ich w rozmaitych schowkach w domu, na strychu, w piwnicy. W razie niebezpieczeństwa przedostawali się podziemnymi korytarzami do opustoszałych po 1939 r. klatek dzikich zwierząt.

Obydwoje – Antonina i Jan Żabińscy – kierowali się silnym wewnętrznym imperatywem ratowania istnień – ptaka ze złamanym skrzydłem i człowieka, któremu okupant odebrał w imię nazistowskiej ideologii prawo do życia. Za ratowanie ludzi, skazanych przez hitlerowców na śmierć z powodu żydowskiego pochodzenia, choroby czy też za to, że byli polskimi patriotami, groził najwyższy wymiar kary. Przypomina mi się ostatni film Mela Gibsona „Przełęcz ocalonych”. Oparty na prawdziwej historii opowiada o amerykańskim żołnierzu, który podczas jednej z najkrwawszych bitew II wojny światowej na Okinawie uratował ponad siedemdziesięciu rannych. Został za to odznaczony Medalem Honoru. Najciekawszy jest fakt, iż bohater filmu zgłosił się do US Army, odmawiając wzięcia do rąk karabinu. Chciał ratować, a nie – zabijać. Spotkały go za to szykany kolegów i przełożonych, był bity i poniżany. Dopiął jednak swego. Na Okinawie – w natchnieniu, amoku, z modlitwą na ustach, nie bacząc na niebezpieczeństwo, ściągał rannych z placu boju, wykazując się nieprawdopodobną wytrzymałością fizyczną i odwagą. Po przekazaniu kolejnego rannego sanitariuszom, prosił Boga, by pomógł mu uratować jeszcze jedną osobę. Został uznany za bohatera, choć poszedł na wojnę bez broni.

Fascynują mnie ludzie ogarnięci świętym szałem, ekstazą, amokiem, działający w natchnieniu, z pobudek ogólnoludzkiej solidarności i wewnętrznego przymusu pomagania drugiemu człowiekowi.

Od dwóch lat można zwiedzać dom Antoniny i Jana Żabińskich na terenie ZOO.

Filmu jeszcze nie oglądałam – z powodu coca-coli, popcornu i aktywnych telefonów komórkowych królujących na salach kinowych.

Od dawna jednak uważałam, że biografia zarówno Antoniny Żabińskiej jak i jej męża jest świetnym materiałem na scenariusz filmowy. Polscy twórcy nie zainteresowali się ich losami. Dobrze, że zrobili to Amerykanie. Czekam na „Azyl” na DVD.

 

 

 

KOLEJNE ZWYCIĘSTWO!

Drużyna MIS w składzie:  Hubert Tomecki, Mateusz Nowakowski, Paulina Matuszyk i Marcin Michalski odniosła dzisiaj zwycięstwo 5:0 w potyczce Warszawskiej Ligi Debatanckiej. Debatujących w przygotowaniach wsparli: Jan Pasik, Mateusz Bielecki i Alan Żaczek.

Teza debaty brzmiała: Obróbka cyfrowa zabija fotografię. Nasza drużyna broniła antytezy.

Bardzo się cieszę! Gratuluję zwycięstwa!

 

CZAS EGZAMINÓW

W ubiegłym tygodniu odbyły się egzaminy gimnazjalne. Uczniowie klasy trzeciej podołali wyzwaniu – wszyscy stawili się o czasie, z czarnym długopisem i otwartą głową. 28 kwietnia rozpocznie się matura. Dzisiaj żegnaliśmy dwudziesty drugi rocznik naszych licealistów, dwunasty, który przystąpi do matury międzynarodowej.

Drodzy Abiturienci,

bycie licealistą nie jest łatwe. Jest to czas odpowiedzialnego wyboru, co się chce w życiu robić, jakie studia podjąć, oraz wysiłku, by swoje plany zrealizować. Liceum to także pora zawierania pierwszych, więc bardzo silnych związków uczuciowych, niekoniecznie udanych, bo relacji z drugim człowiekiem trzeba się nauczyć. Do tego niekiedy dochodzą problemy rodzinne. Czasem niestety zdarzają się także kłopoty zdrowotne. Nieczęsto bycie osiemnasto-/dziewiętnastolatkiem oznacza spokój i harmonię wewnętrzną oraz świetny klimat do spokojnego przygotowywania się do trudnych egzaminów.

Ostatnie dwa lata były pełne poważnych turbulencji dla niektórych z Was. Fakt, że spotkaliśmy się w komplecie, jest dowodem na Waszą dzielność życiową i Wasz potencjał. Pamiętajcie o tym podczas egzaminów maturalnych. Matura – czy to narodowa, czy międzynarodowa – to egzamin dojrzałości. Liczy się podczas niego nie tylko tzw. „twarda” wiedza, ale także umiejętność panowania nad stresem, maksymalnego wykorzystania swoich umiejętności i podejmowania wysiłku do końca egzaminów. Żeby sobie pomóc, warto pamiętać w tym czasie o wyspaniu się, wiosennym spacerze, ulubionych potrawach z gatunku tych zdrowych, a także – wzajemnym wspieraniu się, życzliwości i uśmiechu.

Bądźcie dzielni i – mimo trudu! – radośni. Wiara we własny potencjał, we własną dzielność i sprawczość jest bardzo ważna!

Życzę Wam wszystkiego najlepszego!