KLASA SUPER IB

No i stało się – mamy Klasę Super IB!

Zapowiadałam jej wybór w Koźle, przez dłuższą chwilę musieliśmy się zastanowić, żeby wybór był właściwy. Sądzę, że się udało.

Klasą Super IB została klasa II DP. Gratulujemy!

Podczas dzisiejszego apelu jej przedstawiciele odebrali dyplom i wieniec laurowy.

Uczniowie z tej klasy i dwoje uczniów klasy III DP stworzyło najciekawszy film, wieńczący warsztaty w Koźle – „Głos z wody”. Ponadto poszczególni uczniowie klasy II DP wykazują i wykazywali w przeszłości dużą aktywność na różnych polach. Współtworzyli Szkolny Teatr Monneta. Remontowali piwniczny klub. Brali efektywny udział w debatach oksfordzkich. Wykazują entuzjazm badawczy m.in. podczas lekcji biologii. Są ratownikami medycznymi. Są otwarci. Potrafią się zorganizować i współpracować ze sobą. Wykazują ciekawość i niezależność naukową. Szanują innych.

Tytuł Klasy  Super IB przyznawany będzie raz na trzy miesiące.

Kolejne wybory – w grudniu 2016 r.

klasa_super_ib_maly

POLLYANNA I BIAŁY PELIKAN

Dwa niemożliwe do połączenia wątki domagają się opisania. Ich wspólnym mianownikiem jest to, że obydwa związane są ze szkolnym wyjazdem integracyjnym na początku września.

Wczoraj dotarły do mnie cztery listy napisane w Zwierzyńcu przez uczniów klasy czwartej naszej podstawówki. Wędrowały ponad 10 dni, a przecież podobno w dawnych czasach II Rzeczpospolitej, których nawet ja nie mogę pamiętać, czasach zdecydowanie nie tak pośpiesznych jak obecne, przesyłki dostarczane były w ekspresowym tempie jednego dnia. Ale może to było dawno i nieprawda…

Po pierwsze więc – bardzo dziękuję uczniom za napisanie do mnie listu, który jednocześnie jest recenzją filmu pt. „Pollyanna”. Dzieci zachęcają mnie do obejrzenia filmu i opisują główną bohaterkę, która jest dla nich – i słusznie! – ucieleśnieniem cech z Profilu Ucznia IB. List jest więc również charakterystyką postaci… 3 w jednym!!!

Życzę wszystkim naszym uczniom, nie tylko autorkom i autorom listu, by podobnie jak Pollyanna umieli się bawić w radość. Taka umiejętność daje dużo energii i pozwala pokonywać największe przeszkody.

Mnie dużo radości poza kontaktem z dziećmi i młodzieżą daje kontakt z przyrodą, ze zwierzętami. Podczas pobytu wraz z  gimnazjalistami i licealistami w Koźle doświadczyłam czegoś dla mnie niezwykłego i ekscytującego. Podczas spaceru razem z mężem zobaczyliśmy dwa wielkie śnieżnobiałe ptaki. Jeden krążył nad podmokłą polaną, drugi – z daleka wyglądający jak kij, na który ktoś zarzucił prześcieradło – stał na tej polanie, by po chwili z łatwością wzbić się w powietrze i dołączyć do partnera. Nie były to ani bociany, ani czaple, ani łabędzie. Więc co to mogło być?! Żyjemy długo, ale takich ptaków jeszcze nie widzieliśmy.  Podczas obiadu próbowaliśmy rozwiać nasze wątpliwości w rozmowie ze znanym wszystkim nauczycielem biologii – Rolandem Szymczykiewiczem. Niestety wzmocnił tylko nasz niepokój, że poza bocianami, czaplami i łabędziami nie żyją w Polsce żadne tak duże białe ptaki. No ale przecież jakieś nieznane nam ptaki widzieliśmy. I jak tu żyć?! Widzieliśmy coś, czego nie mogliśmy teoretycznie zobaczyć! Okropne uczucie, z którym jakoś trudno się pogodzić!

Na szczęście kilka dni temu oglądaliśmy w telewizji migawkę, pokazującą deltę Dunaju. Dzięki programowi unijnemu wróciło tam dawne życie, zniszczone w przeszłości przez komunistyczne władze, które to miejsce wybetonowały. No i raptem widzimy „nasze” białe ptaszyska! Niestety oglądamy migawkę i komentator nie podaje nazw gatunków ptaków, które obecnie w delcie Dunaju mieszkają. Wpisuję więc w Google „biały ptak delta Dunaju” i mam – pelikan biały, a właściwie – różowy, bo podczas godów różowieje, ale jeśli mieszka daleko od morza jest raczej śnieżnobiały. Dalej znajduję informację, że z rzadka przedstawiciele tego gatunku pojawiają się też w Polsce i w Wielkiej Brytanii. I jest to wynik ocieplenia klimatu.

Ufff! Widzieliśmy pelikana białego! Od razu lepiej! I ile powodów do radości! Cieszmy się jak Pollyanna!

Choć oczywiście nie jesteśmy ornitologami. I pojawiają się wątpliwości, bo przecież żaden proces badawczy nie został przeprowadzony. Jest nasze mocne wrażenie, że ptasi kształt i ruch, widziany w migawce telewizyjnej, był taki sam jak ten widziany w Koźle. Może jakiś młody badacz ptaków pokusiłby się o potwierdzenie naszej intuicji, że na pewno widzieliśmy pelikana białego… Tylko, jak to zrobić… Może ktoś będzie miał jakiś pomysł…

WSPOMNIENIA

Umarła moja ciocia. Zuzanna. Dzielna warszawianka. Podczas okupacji miała kilkanaście lat. Była nastolatką z charakterem.

Pomagała swojej cioci, Jance, która należała do AK, ratować uciekinierów z getta. Niedaleko jego murów ciocia Janka wynajęła mieszkanie, w którym na krótko zatrzymywali się Żydzi, nim znaleziono dla nich bezpieczniejsze lokum. Ciocia mieszkała sama, a przechowywała całe rodziny. Sąsiedzi byli zaniepokojeni odgłosami dochodzącymi z mieszkania. Mieszkanie wynajęte było w kamienicy, której dozorca należał do Armii Krajowej, ale i tak było niebezpiecznie. Nie brakowało szmalcowników i donosicieli. Dzielna Zuleńka z zaufaną koleżanką codziennie odwiedzała więc ciocię Jankę zaraz po lekcjach na tajnych kompletach i obie urządzały harce w jej mieszkaniu – włączały gramofon, tańczyły, śmiały się. Wszystko po to, by chwilowi lokatorzy mogli troszkę pochodzić. Potem głośno zbiegały po schodach, trzaskając drzwiami.

Szmalcownicy i donosiciele to nie jedyni biznesowo nastawieni mieszkańcy Warszawy. Grasowała też grupa polsko-niemiecka, która – podając się za Gestapo – przeprowadzała rewizje w mieszkaniach, okradając ich właścicieli. Jej członkiem był niemiecki policjant oraz operatywni Polacy, znający dobrze niemiecki.

W rodzinnym mieszkaniu cioci Zuli również odbyła się taka pseudo rewizja, podczas której zabrano cenne przedmioty. Kiedy tata Zuzanny zorientował się, że został okradziony przez zwyczajną bandę złodziei, wśród których znalazł się także niemiecki policjant, postanowił szukać sprawiedliwości …. w Alei Szucha. Mama Zuzanny, a moja babcia, nie chciała go puścić. Wtedy dzielna Zula przekonała mamę, że pójdzie z tatą, a Niemcy przecież nie aresztują mężczyzny z dzieckiem… Przez całe życie wspominała czas spędzony w tym strasznym miejscu… Wygląd wleczonych korytarzem skatowanych więźniów, krzyki bitych ludzi… Niemcy wszczęli procedurę wyjaśniającą… Zula wzięła udział w rozpoznawaniu przestępcy. Już nigdy nie miała zapomnieć pełnego nienawiści spojrzenia mężczyzny, którego wskazała palcem.

Przeżyła też prawdziwą rewizję, podczas której niczego szczęśliwie nie znaleziono, ale i tak aresztowano jej tatę. Na szczęście udało się go wykupić z Pawiaka. W mieszkaniu – w specjalnych skrytkach – przechowywano bibułę i broń. Wspominała, jak podczas tej rewizji tak bardzo trzęsły się jej nogi, że aby ustać, musiała z całej siły oprzeć się o mebel. Po wyjściu gestapowców długo nie udawało jej zapanować nad dygotem ciała.

No i w końcu nadszedł rok 44. Wyjątkowo dramatyczny. Brat Zuzanny – Roman, który dziesięć lat później został moim tatą, znalazł się – wraz ze swoim tatą – w transporcie do obozu koncentracyjnego. Ktoś przybiegł do domu z wiadomością, że pociąg z więźniami stoi jeszcze na bocznicy. Zuzanna – nie bacząc na ostrzał – biegała z garnkiem pełnym gorącej zupy, szukając bliskich. Niestety nieskutecznie. Szesnastolatka musiała się stać głową rodziny. Jej mama, a moja babcia, po utracie męża i syna, dostała wysokiej gorączki. Lekarz stwierdził zapalenie opon mózgowych. W domu była jeszcze moja prababcia Józefa i jej niepełnosprawna, niechodząca,  siostra Leokadia.

W kamienicę uderzył pocisk. Wybuchł pożar. Zuzanna trzykrotnie – pod ostrzałem – wyprowadzała z mieszkania, kolejno – nieprzytomną chorą matkę, ogłuszoną wybuchem babcię i – na dziecięcym wózku – niepełnosprawną ciocię. Wszystkie przeżyły wojnę.

Czyż nie jest to bohaterski życiorys… Kobiecy, filmowy życiorys… Warszawski życiorys…

Z dzieciństwa pamiętam ciocię jako osobę delikatną, ciepłą, serdeczną, o ujmującym uśmiechu, kochającą dzieci, życzliwą ludziom. Pomimo tych wszystkich wojennych przeżyć! Życie – także po wojnie – nie szczędziło jej trudnych momentów. Jej mąż – żołnierz AK i Armii Andersa – był dręczony przesłuchaniami przez UB.  Spotkała ją największa tragedia, która może przydarzyć się kobiecie – musiała pochowała swojego syna. Po tej traumie nigdy już nie doszła do siebie. Straciła smak na życie.

Ale zawsze była skłonna pomagać innym. Kiedy moja mama ciężko zachorowała i musiałam jeździć do niej do szpitala do Łodzi, przychodziła opiekować się moją roczną córeczką.

Pozostanie w ludzkich sercach jako wyjątkowo dzielna i dobra kobieta.

 

 

 

DLACZEGO KOZIOŁ FANTASTYCZNY

DLACZEGO KOZIOŁ FANTASTYCZNY…

Po pierwsze – dlatego, że ludzie fantastyczni, uczniowie i nauczyciele, a także – załoga pensjonatu.

Po drugie – formuła fantastyczna i realizacja zamierzeń takaż.

Po trzecie w końcu – tematyka, związana z fantastyką, skojarzeniami, wierzeniami… Dążenie do pogłębionego zrozumienia „Dziadów” Adama Mickiewicza, bo z tym dziełem związana będzie szkolna teatralna aktywność na początku listopada. Dużo więc treści kulturoznawczych… Klimatu… Jeśli wykład, to przy świecach… A także – plener, metody badawcze, botanika – magiczne rośliny, warsztaty psychologiczne, dużo sportu, spływ kajakowy, park linowy. Warsztaty z pierwszej pomocy. Fieldwork z biologii DP. Wieczór filmowy.

I dużo, dużo zabawy!

Na przykład – kręcenie niemych filmików na wylosowane tematy i podkładanie do nich dźwięku… A tematy prowokujące do wprowadzania wątków fantastycznych: „Na dnie jeziora”, „Krzyk w południe”, „Czarodziejski śpiew”, „Złowrogi szept”, „Sekretne źródło”, „Głos z wody”…

W trakcie finału mogliśmy wszyscy obejrzeć efekty pracy poszczególnych grup. Zabawa była świetna.

Tegoroczny Kozioł był fantastyczny również ze względu na piękną, słoneczną pogodę.

Dziękuję wszystkim uczestnikom „zielonej szkoły” za wspólny, dobry czas.

 

BABCINE EMOCJE

To historyczny moment w rodzinie, kiedy dziecko zaczyna edukację.

1 września br. nasz pierworodny wnuczek rozpoczął naukę w Międzynarodowym Przedszkolu Misia Paddingtona.

I co poczuło owładnięte miłością serce babci… Poczuło dumę, radość i …. spokój, a także bezmiar wdzięczności dla nauczycieli naszej szkoły, szczęście, że istnieje MIS.….

Ale po kolei… Duma i radość, bo taki mądry, dzielny, samodzielny. Spokój, bo nagle się okazało, że mogę naprawdę bezgranicznie zaufać kadrze – wszystkim nauczycielom MIS i każdemu z osobna! Jest dobra opieka, dobre jedzenie, korczakowskie podejście, najlepszy program, świetne przygotowanie merytoryczne, zaangażowanie, ale przede wszystkim – uczciwość wobec każdego dziecka, najwyższy poziom etyki zawodowej.  I mam pewność, że nie będzie żadnego paskudnego faworyzowania, które krzywdzi wszystkich – i wyróżnianego, i niewyróżnianych. Kiedy wyobrażam sobie Tadzia na różnych etapach edukacji, spokojnie myślę o naszej podstawówce, naszym gimnazjum, naszym liceum. W zderzeniu z szaloną babciną miłością do pierworodnego wnuka Monnet International School wypada naprawdę znakomicie.

Ale kiedy pomyślę, co by było, gdyby nie było MIS, to – strach się bać…

Wypełnia mnie więc szczęście i wdzięczność do nauczycieli naszej szkoły, że dają mi – babci – takie poczucie bezpieczeństwa. Dziękuję!

POŻEGNANIE

Odszedł od nas znakomity nauczyciel historii – Jacek Staniszewski.

Nie mógł dłużej godzić obowiązków w swojej szkole, gdzie jest dyrektorem, i w naszej.

Uczył u nas z miłości do uczenia historii i to było widać…

Dziękujemy Ci, Jacku,  za wszystkie Twoje znakomite, choć nieczęste lekcje i za genialne

pomysły na szkolne uroczystości. Może jeszcze kiedyś uda Ci się do nas wrócić.

Zapraszamy!

Dziękuję za Twoje miłe słowa, które zacytuję:

„Szanowni Państwo,

 

Od końca czerwca wydawało mi się, że jeszcze uda mi się jakoś powiedzieć to wszystko osobiście, ale się nie udało.

 

Napiszę więc.

 

Moja przygoda z Monnetem dobiegła końca.  Nie będę już uczył historii. Dziękuję bardzo za trzy fantastyczne lata, które z Wami spędziłem. Wpadałem tam tylko na moment, ale było to dla mnie bardzo ważne „wpadanie”. Kiedy Kuba Lorenc powiedział mi o szkole, Hania się zgodziła, byłem bardzo szczęśliwy. Dzięki kilku godzinom z uczniami mogłem przypomnieć sobie, jak fajnie jest uczyć. Dziękuję Hani, Pani Renacie za cierpliwość, danie mi szansy i wyrozumiałość dla moich różnych obowiązków.

Wszystkich, którzy mieli pecha być wychowawcami klas, które uczyłem. przepraszam za niewpisywanie tematów. Już się nie poprawię.

Pozostałym dziękuję za świetną atmosferę w pokoju nauczycielskim i przyjęcie do grona.

Na koniec dziękuję mojemu serdecznemu koledze i przewodnikowi po szkole Kubie Lorencowi (możecie go nie kojarzyć, jest mało zauważalny) za naukę, jaką mi dał, wspólne szkolne imprezy, mnóstwo śmiechu i wszystkie zastępstwa. Kubusiu, dzięki.

Cieszę się, że mogłem być z Wami.

 

Życzę wszystkim szczęśliwego nowego roku szkolnego.

Jacek Staniszewski”

 

 

 

WŁOCHY

Był czas, dawno temu, jakieś dwadzieścia może więcej lat, kiedy rodzinnie podróżowaliśmy po Włoszech. Było to niezwykle miłe doświadczenie. Mieszkaliśmy w bezosobowych, sieciowych hotelach, małych, klimatycznych pensjonatach, a raz nawet – na ostrodze włoskiego buta w miejscowości Vieste – na plantacji oliwek. To miejsce było najbardziej atrakcyjne. Za ścianą naszego apartamentu mieszkali gospodarze. Gospodyni w porze śniadania przynosiła nam na taras własnoręcznie upieczony chleb i świeżo wytłoczoną oliwę, a w porze kolacji – własne wino. Choć nasi gospodarze znali jedynie swój rodzimy język, nie było problemów z komunikacją. Mimo że nie jestem wielką fanką piłki nożnej, nigdy nie zapomnę wspaniałych emocji podczas wspólnego z nimi oglądania mistrzostw świata i kibicowania drużynie, w której absolutnym idolem był Roberto Baggio. Jakaż ekspresja! Ile radości! Uwielbienia! A momentami – niekłamanej rozpaczy! Intensywność przeżywania „tu i teraz”. I ta pełna miłości artykulacja nazwiska: „Baggio”! Tam także, na półwyspie Gargano, niezwykle żywy kult świętego stygmatyka Ojca Pio.

Z kolei na zachodnim wybrzeżu w miejscowości Terracina, niedaleko Neapolu, na plaży, miła Włoszka, rozpoznając jakimś cudem, że mówię po polsku, przysunęła do nas swój leżak i poprosiła, żebym na głos po polsku przeczytała jej teksty Karola Wojtyły. Miała przy sobie tomik wierszy naszego papieża, tomik w dodatku dwujęzyczny, włosko-polski. I chciała usłyszeć brzmienie znanych sobie wierszy w języku oryginału. Z przyjemnością spełniłam jej prośbę.

Włochy – to truizm – zachwycają krajobrazem, klimatem i architekturą. Wenecja – miasto jak ze snu, miasto-tajemnica. Florencja – jasna i koronkowa, i tam ogrom wzruszeń w kontakcie z dziełami Michała Anioła – znanymi przecież dobrze ze zdjęć, a mimo to rzucającymi mnie na kolana w oryginale. Werona z miłosną energią Romea i Julii. Niezwykłe przeżycia w bazylice świętego Antoniego w Padwie… Pieta Michała Anioła w bazylice świętego Piotra… I tak można by opisywać bez końca.

Nigdzie indziej tak przyjemnie nie jeździło mi się na nartach jak we włoskich Dolomitach. W Austrii warunki były równie dobre, ale zabawa dla mnie zdecydowanie gorsza.

Ze względu na ludzi. Najbardziej we Włoszech zachwycali mnie ludzie.

Kiedy podróżuje się zagranicą indywidualnie, nie z wycieczką, w dodatku z nie całkiem jeszcze dorosłym dzieckiem, mnóstwo jest i zabawnych, i stresujących sytuacji, podczas których turysta wchodzi w interakcje z „tubylcami”. Tak było w ciągu tych kilku podróży i z nami.

Jestem patriotką. Moją ojczyzną jest język polski. Nie mogłabym mieszkać zagranicą. Ale w tamtym czasie wydawało mi się, że jedynym miejscem na ziemi poza Polską, w którym mogłabym się na stałe osiedlić, są właśnie Włochy.

Nigdy nie zawiedliśmy się na Włochach. Zawsze byli skłonni doprowadzić do właściwej drogi, nakarmić, napoić, pozwolić dziecku skorzystać z prywatnej toalety. A przy tym byli zawsze radośni i otwarci. Uczyliśmy się od nich tej otwartości i tej radości życia.

Niedawno ze wzruszeniem czytałam reportaże o wspaniałej postawie włoskich lekarzy i strażaków, a także większej części społeczeństwa, wobec tragedii uchodźców… Ci lekarze i strażacy pracują nieprzerwanie, charytatywnie, jak w transie, nie oglądając się na pomoc reszty Europy, nie negocjując, nie licząc kosztów, by uratować lub wydobyć i godnie pochować tych, którzy próbowali dostać się do lepszego świata…

I wczoraj te wiadomości…

Mimo karuzeli spraw, dzisiaj i wczoraj ściśnięte bólem gardło. Taki straszny żal, jakby ktoś bliski odszedł… Jakby coś we mnie…

Wielki smutek. Wielka czułość. Wielkie współczucie.

BENIO

Świat jaki jest, każdy widzi. Mówi się o zalewie agresji i chamstwa. Niestety sądzę, że jest w tej opinii sporo racji. Ulubionym sportem ludzi staje się wolnościowy, barokowy, niczym nieograniczony, pozbawiony jakichkolwiek hamulców, ulepionych z resztek przyzwoitości, wszechogarniający  hejt. A jeśli nie hejt, to w najlepszym przypadku nieufny, krytyczny dystans.

Tym bardziej zaskakuje! Tym bardziej cieszy! Tym bardziej wzrusza! Tym bardziej uskrzydla! Nie tylko pozytywna emocja. Wdzięczność. Szacunek. Sympatia. Ale czas! Ale praca! Napisanie listu! Takiego listu! Bo przecież była zapłata i była adekwatna usługa. Co prawda edukacyjna, ale jednak usługa – ktoś płaci, ktoś wymaga, ktoś inny wykonuje zobowiązanie. Zobowiązanie, by kształcić ze szczególną starannością i według międzynarodowych standardów. I wszystko się zgadza – tylko tyle i aż tyle. Usługa, która zmienia człowieka, kształtuje osobowość, daje wielkie możliwości odniesienia w przyszłości sukcesu. Usługa wykonana przez niezwykłych nauczycieli, realizujących najlepszy z  programów edukacyjnych. Za pieniądze, które niektórym dają prawo do śledzenia z lupą nieprawidłowości i szukania dziury w całym, wydawania poleceń i funkcjonowania w roli krytycznych ekspertów.

Płakałyśmy wszystkie podczas lektury tego listu. Był nam potrzebny jak powietrze przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego. Gratuluję bohaterkom tego tekstu – nauczycielkom przedszkolnym oraz Ewie Domańskiej – cudownej, wrażliwej i niesłychanie energetycznej, mądrej i etycznej  wychowawczyni.

Bardzo dziękujemy Rodzicom Benia, którzy pomimo zamieszania, związanego ze zmianą miejsca do życia, znaleźli czas, by ten list napisać.

Czasami w chwilach smutku pocieszam się, że istnienie świata zawdzięczamy temu, że o jedną kropelkę wciąż jeszcze suma dobra przewyższa sumę zła. I niech tak zostanie jak najdłużej! Dla dobra naszych dzieci i wnuków!

Beniowi i Jego Rodzicom życzę, by znaleźli szkołę, która zapewni im dalszy komfort i efektywność kształcenia. Mam nadzieję, że za kilka lat wrócą Państwo do Polski, a Benio – do naszej szkoły.

List RB031

 

CZEGO UCZY NAS OLIMPIADA…

To oczywiste – żeby wygrać olimpijskie potyczki, trzeba się ciężko napracować. Potrzebny jest wielomiesięczny profesjonalny trening, systematyczność, pokonywanie bólu, zniechęcenia, wsparcie trenerów, fizjoterapeutów, dietetyków, lekarzy, psychologów, a także bliskich osób.

Zapewne to wszystko nie zagwarantuje jednak sukcesu. Sama znakomita wydolność wytrenowanego ciała nawet w połączeniu z wysokim ilorazem inteligencji nie gwarantują wcale mistrzostwa.

Zaraz po zwycięskim wyścigu po złoty medal nasza wioślarka Magdalena Fularczyk-Kozłowska w dużych emocjach, śmiejąc się i płacząc jednocześnie, powiedziała coś takiego – Nie jesteśmy duże, nie jesteśmy silne, ale mamy wielkie serca do walki… Jej partnerka Natalia Madej stwierdziła, że obie wiedziały, że to złoto jest dla nich.

I myślę, że to jest właśnie istota skutecznego działania. Zdobycie złotego medalu jest nie tylko pochodną znakomitych parametrów ciała, które są wynikiem systematycznych, profesjonalnych treningów. Złoty medal zdobywają ci, którzy uwierzą, że jest on dla nich.

Postawa – mogę, chcę, pragnę, zdobędę, osiągnę, to jest dla mnie!  Determinacja i odwaga!

Nie wystarczy marzyć. Nie wystarczy ciężko pracować. Trzeba walczyć i w końcu uwierzyć, a nawet nabrać pewności – to jest dla mnie, to jest moja droga, to się nie może nie udać.

Nie dotyczy to jedynie sportu.

Niech w nadchodzącym roku szkolnym taka postawa stanie się naszą normą.

Mamy dobre wzorce. Nauczycieli – mistrzów, którzy odciskają trwałe piętno na osobowościach uczniów. Ich „złotym medalem” są sytuacje, gdy uczeń bał się matematyki, a teraz opowiada o ciekawych zadaniach na maturze, gdy nie umiał ubrać myśli w słowa, a teraz samodzielnie napisał dobry esej, gdy zżerała go trema podczas prezentacji, a teraz z radością publicznie prezentuje wyniki samodzielnych badań. Żeby osiągnąć taki efekt, nie wystarczy systematycznie ciężko pracować, przygotowując konspekty lekcji i sprawdzając uczniowskie zadania. Trzeba jeszcze wyzwolić pozytywne emocje – swoje i ucznia, mieć wewnętrzne przekonanie – dziś ma jeszcze trudność, ale jutro „załapie”, to się musi udać. To przeświadczenie, że mam moc wspólnego z uczniem przełamywania wewnętrznych jego i swoich barier! Ta radosna energia zwycięzcy –  pazur walki o sukces ucznia! To jest mistrzowski rys zawodu nauczyciela!

Mamy też dobre uczniowskie wzorce. Młode osoby, które – tak jak w tym roku Julia – dostały się na wszystkie wybrane uczelnie z Oxfordem włącznie. Które, nawet gdy było im ciężko, nie poddawały się, otwarcie szukały pomocy w nauczycielach, rodzicach, psychologu, kolegach. Ta otwartość komunikacji, aktywność, dialog z innymi ludźmi, współpraca są warunkiem koniecznym, by prezentować waleczną postawę zwycięzcy i osiągnąć sukces.

Oxford, Stanford, czy też MISH na UW naprawdę są dla ludzi. Trzeba tylko wykorzystać w pełni czas szkoły, rozpoznać swoje pragnienia naukowo-zawodowe i uwierzyć, że cel jest osiągalny.

Tego życzę naszym uczniom i nauczycielom w nowym roku szkolnym. A tymczasem – wielu emocji podczas oglądania olimpijskich zmagań!

 

 

WAKACYJNY PRZEKŁADANIEC – CZĘŚĆ 2

FETA 2016

Co roku staramy się być  w Gdańsku na lipcowym festiwalu teatrów ulicznych. Szczudlarze, mimowie, żonglerzy, muzycy, akrobaci, teatry z całego świta – jak ze snu, sceny jak z filmów Felliniego. Wszystko to na Dolnym Mieście, odpowiedniku warszawskiej Pragi. Interakcje z żywiołową publicznością. Cudowny klimat. W tym roku po raz pierwszy mieliśmy ogromną frajdę oglądania wspólnie z wnukiem znakomitego przedstawienia marionetkowego Teatru Barnaby – „Czerwony kapturek”. Niezwykłe lalki z drzewa lipowego. Znakomity aktor, dający im życie. Świetna zabawa dla dzieci i dla dorosłych.

 

ROZMOWY Z CIOCIĄ BABCIĄ – CIĄG DALSZY

Znów intensywne. Zapewne na skutek dwóch ważnych wydarzeń – przyjazdu papieża Franciszka i rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Te wydarzenia tak bardzo przytuliły się do siebie. Zapewne nie całkiem przypadkowo… Choć przyjaźniłaś się z niektórymi księżmi, byłaś antyklerykalna. Mierziła Cię pycha, celebra. Wytykałaś duchowieństwu nadmierne bogactwo, choć były to siermiężne lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. A on nie nosi czerwonych pantofli! Jeździ tramwajem! Głosi to, co Nauczyciel z Nazaretu, a także różni inni nauczyciele… Miłość i szacunek do każdego człowieka, także grzesznika, wyznawcy innej religii, przedstawiciela odmiennej kultury i rasy. Mówi o odwadze. Mówi o wolności. Mówi o przekraczaniu granic w sobie. Zachęca, by decydować o sobie, by nie dawać się za nos wodzić, lecz patrzeć rządzącym na ręce. Wstać z kanapy i założyć wyczynowe buty, by znaleźć swoją własną niepowtarzalną ścieżkę, utkaną z marzeń i pragnień. Śmiać się i tańczyć na środku ulicy, czy też zrobić inny raban w mieście. Żyć naprawdę! Żyć z pasją! Być otwartym na KAŻDEGO drugiego człowieka. Być empatycznym kreatorem swojego życia i życia innych ludzi. Zupełnie jak w profilu ucznia IB! Zupełnie zgodnie z moją wiarą. Zupełnie zgodnie z Twoją.

Uczyłaś mnie, że zawsze, gdy grają hymn, trzeba stanąć na baczność. Mam to do dziś. Paliłyśmy świeczki przy licznych w Warszawie tablicach, upamiętniających miejsca straceń. Ale chodziłyśmy również często na cmentarz żołnierzy radzieckich przy alei Żwirki i Wigury. Byłaś wzruszona, czytając napisy na tabliczkach, upamiętniających często bardzo młodych, ledwie nastoletnich rosyjskich chłopców, zamienionych w żołnierzy. Emanowałaś miłością i współczuciem dla tych jeszcze dzieci, które zginęły z karabinem w rękach na polskiej ziemi. A przecież z władzą przywleczoną przez sowietów nie było Ci po drodze. Należałaś do Kedywu Armii Krajowej. Nigdy się nie zdekonspirowałaś. Wiedziałaś, czym to grozi w PRL-u.  Często wspominałaś swojego brata, najmłodszego z rodzeństwa, który zginął podczas akcji na warszawskiej ulicy. Mówiłaś, że był najlepszy z Was – najbardziej wrażliwy, odważny. Należał do Armii Ludowej. Nie stanowiło to różnicy. Obowiązywała konspiracja. Liczył się kontakt. Przypadek decydował, kto gdzie trafił. Do AK czy do AL. Chodziło o to, by walczyć o wolną Polskę.

A teraz analizują… Decydują, kto bohater, a kto – wróg albo w najlepszym przypadku – śmieć. Zawłaszczają pamięć, propagują jedynie słuszną interpretację… Ci, którzy nigdy nie byli w podobnej sytuacji… Mają taką łatwość, taki komfort. Gadania, gadania, gadania. Dowódcy powstania to albo ideały, wzorce osobowe, kto wie – może w przyszłości święci… Albo też szkodniki, burzyciele miasta, odpowiedzialni za śmierć kilkuset tysięcy cywilów, których z powodu złych decyzji należy wreszcie osądzić…

Wiem, że złościsz się, kiedy tego wszystkiego słuchasz…

Przypomina mi się historia kobiety, która w swoim gospodarstwie ukrywała podczas okupacji jednocześnie żydowskie małżeństwo z dwójką małych dzieci i młodego niemieckiego żołnierza – dezertera. Traktowała tych ludzi ze współczuciem i miłosierdziem. Ocaliła ich przed śmiercią z ludzkiego odruchu, z miłości do każdego człowieka. I na tym polega głoszone przez papieża Franciszka miłosierdzie. Łatwość osądzania, dzielenia ludzi na naszych i obcych nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, miłosierdziem, humanitaryzmem, człowieczeństwem. Ciekawe, jak mógłby być oceniony niemiecki dezerter za to, że brzydziło go mordowanie polskich mężczyzn, kobiet i dzieci… Czy był po prostu dobrym, wrażliwym człowiekiem, który miał odwagę – ryzykując życiem – odmówić wykonywania takich rozkazów, czy też może mięczakiem, pozbawionym honoru zdrajcą żołnierskiego etosu, niegodnym noszenia munduru, zasługującym na śmierć. Ocenianie – ten biały, ten czarny. Gadanie, gadanie, gadanie…

Krzysztof Kamil Baczyński powinien móc kochać swoją Basię, mieć dzieci, wnuki… A my powinniśmy móc rozkoszować się jego nigdy niepowstałą twórczością, wspaniałymi nowatorskimi metaforami. Znakomity poeta może być wzorem dla młodych, ale młody twórca, który podczas wolnościowego zrywu chwyta z potrzeby serce za broń i ginie, nigdy nie powinien być stawiany za wzór, bo wojna jest patologią, aberracją, przejawem słabości ludzkiego umysłu. Jej ofiary, często bohaterskie, oczekują od nas pamięci, miłości, współczucia i szacunku, ale – na Boga! – nie uruchamiajmy wojennej retoryki, bo igramy z ogniem. Nie mówmy nigdy – przy żadnej okazji, a zwłaszcza przy okazji rocznicy Powstania Warszawskiego – o młodych jak o armatnim mięsie!

Na początku zawsze jest słowo….

Myślimy i mówimy o tym jednocześnie, Ciociu. W końcu wychowywałaś mnie przez dziewięć ważnych lat dorastania… Myślimy bardzo podobnie.

Spodobałaby Ci się książka Edwarda Rutherfurda „Nowy Jork”, zwłaszcza ostatnie zdania, które i mnie zachwyciły: „ Człowiek nie potrzebuje niczego więcej. Mieć marzenia i je realizować. Ale marzenia są pierwsze. Wyobraź sobie. Wolność. Na zawsze.”

 

SZMARAGDOWA POLANA

 

Moje magiczne wakacyjne miejsce. Dywan pięknych traw, urozmaiconych głównie stokrotkami, koniczyną i krwawnikiem. Ozdobiony fantazyjnymi plamami różnorodnych cieni – jaśniejszych i ciemniejszych, drobnych i rozlanych… Migotliwych, zmiennych w zależności od tego, co na górze i co wokół. A wokół drzewa – brzozy, sosny, świerki, lipy, dęby, także zdziczałe jabłonki i inne owocowe drzewka. I mnóstwo ptaków, i hasające z niebywałą lekkością wiewiórki, a czasami – czarny młody kot, polujący na myszy czy też nornice. A na górze – błękit. Czasami przyozdobiony jakby gęsim pierzem, śnieżnobiałym lub troszkę przyszarzałym, albo czymś na kształt bitej śmietany lub ubitego białka… Obłoki. Obwłoki. Te, które włóczą się po niebie…  Między szmaragdem a błękitem, zwłaszcza podczas wietrznej pogody, można oglądać lekcje latania młodych bocianów. Cudownie wykorzystują powietrzne prądy… Czasami wyraźnie nas obserwują… Zastanawiam się, jak można by opisać polanę z ich punktu widzenia… Za mało jednak o nich wiem. Niestety. Często obserwujemy też jerzyki – śmigające bardzo wysoko albo tuż nad naszymi głowami.

Nad trawą – motyle, głównie bielinki, cytrynki i modraszki, a także pszczoły.

Na trawie króluje para dzięciołów zielonych, sporych zielono-oliwkowych ptaków z czerwonymi czapeczkami na głowie. Zjadają mrówki, robiąc w ziemi małe dołki. Zaaferowane polowaniem potrafią podejść blisko, pod warunkiem że się nie ruszamy. Żerują bezszelestnie w przeciwieństwie do dzięcioła dużego, który energicznie opukuje wszystkie drzewa wokół polany. Po pniach – z góry na dół – wędrują kowaliki. Między koronami licznie reprezentowane krzątają się kopciuszki, raniuszki, sikorki i wróblowate. Pliszki siwe nie lubią długo ukrywać się w koronach drzew. W końcu zawsze sfruwają na środek polany, gdzie pędząc drobnymi kroczkami, eksponują swoje eleganckie pomimo że nadmiernie ruchliwe ogonki. Codziennie przylatują sójki. Wrzeszczą w niepowtarzalnie drażniący sposób, choć może nie wszyscy wiedzą, że potrafią też miłośnie śpiewać. Pojawia się  para delikatnych sierpówek. Pohukują sobie delikatnie. W trakcie dwóch kolejnych lat obserwowaliśmy w niewysokiej koronie przystrzyżonej tui gniazdko kosów, z turkusowymi jajeczkami. Potem był rejwach podczas karmienia. A w końcu cisza po nagłym opuszczeniu domu przez rodziców i młode. Zmartwiona podejrzewałam nawet kota o niecny czyn, ale okazało się – niesprawiedliwie. Młode wyfrunęły z gniazda jednorazowo i na dobre. Były lata, że pod krzewami mieszkało stadko kuropatw. W tym roku nieopodal na posadzonych ręką człowieka kwiatostanach ciemnoróżowych floksów można było obserwować kolibra europejskiego – fruczaka gołąbka. Nie lada gratka!

Nie podejmę się opisu głęboko miodnego zapachu szmaragdowej polany.

Raj na ziemi!

 

 

CUDOWNE ŻRÓDEŁKA W NOWINACH HORYNIECKICH

Miejsce objawienia, w którym tryskają cudowne źródełka. Po wodę o leczniczych właściwościach przyjeżdżają ludzie z daleka. Maleńka kapliczka z cudowną figurą Matki Boskiej. Posadowiona na jednym ze źródeł. Znajduje się w głębokim wąwozie, w którym panuje niezwykła cisza. Miejsce jak z bajki. Opiekują się nim ojcowie franciszkanie. Drewniana figura jest zupełnie niezwykła – przedstawia szokująco niewyidealizowaną, a przez to – wzruszającą, postać Matki Boskiej. Jedyna w swoim rodzaju.

 

FESTIWAL KULTUR I KRESOWEGO JADŁA, 31 lipca – 7 sierpnia

Można było zobaczyć warszawskich aktorów w muzycznym przedstawieniu „Ten drogi Lwów”. Wysłuchać koncertu znakomitego krakowskiego Klezmer Trio Magdy Brudzińskiej – niekwestionowanej gwiazdy festiwalu. Podziwiać występy polskich, słowackich i węgierskich zespołów folklorystycznych. Obejrzeć filmy dokumentalne o Kresach, wysłuchać wykładów, wziąć udział w konferencjach, dotyczących dziedzictwa historyczno-kulturalnego ziem wschodnich dawnej Rzeczpospolitej, a także artystycznych i kulinarnych warsztatach – dla dzieci i dorosłych. Imprezom towarzyszyła księgarnia warszawskiego Domu Spotkań z Historią. Wszystko to działo się w maleńkich miejscowościach południowo-wschodniej Polski. Gospodarzem był Lubaczów, Cieszanów, Basznia, Horyniec Zdrój i Narol. Rozmawialiśmy przez chwilę ze spiritus movens festiwalu – młodym i energicznym burmistrzem Lubaczowa. Przyznał się, że jakiś czas temu oglądał w restauracji Ariel na krakowskim Kazimierzu Trio Magdy Brudzińskiej. Uległ silnej muzycznej fascynacji i zapragnął sprowadzić Magdę do Lubaczowa. I to mu się właśnie udało. Podziękował jej po występie bukietem czerwonych róż. Jak dobrze, że przedstawiciele władzy ulegają czasami  artystycznym miłościom.

Przypomniałam sobie przy tej okazji moją artystyczną miłość, która wypełniła mnie bez reszty w tymże Arielu, jakieś dwadzieścia parę lat temu, kiedy to nie mogłam zjeść pysznej kolacji ze względu na występ młodziutkiego wówczas zespołu Kroke, który obecnie cieszy się zasłużoną sławą w Polsce i na świecie.