NIEBEZPIECZNA PISANINA

Ostatnio miłe spotkanie… Gościni, poetka, tłumaczka, namawiała mnie do pisania czegoś więcej niż tylko bloga…

Teraz ten pomysł chodzi mi po głowie i … niepokoi…

Od dziecka bardzo lubiłam pisać. Pierwszy wierszyk – rymowankę ułożyłam jeszcze przed zdobyciem umiejętności prowadzenia pióra po kartce. Pisanie wypracowań, potem – większych prac podczas studiów było dla mnie czystą przyjemnością i dawało ogromną satysfakcję. Przez całe życie pisałam też coś do wybranków serca oraz – do szuflady. Miałam wrażenie, że słowem pisanym mogę się lepiej wyrazić niż podczas rozmowy.

Pisanie bloga zawdzięczam Joasi Majorek. Doceniając mój sposób słownej ekspresji, namawiała mnie do tego długo. Byłam nieufna, niechętna takiemu ekshibicjonizmowi w Internecie. W rezultacie jestem jednak zadowolona, że się przełamałam – sprawia mi to wielką przyjemność, co zwłaszcza teraz jest dla mnie na wagę złota. W moim wieku wątpliwości, jak odbiorcy przyjmą moją pisaninę, nie są już takie ważne.

Tyle tylko, że pisanie bywa niebezpieczne… Podczas pisania niektórych dłuższych tekstów tracę zupełnie poczucie rzeczywistości, wypadam z rytmu dnia codziennego. A przecież teraz nie ma nikogo, kto by mi przypominał – trzeba wstać, trzeba wyjść z psem, trzeba zjeść, trzeba przygotować sobie ubranie do pracy, trzeba zrobić zakupy… Już sama samotność utrudnia zachowanie dobowego rytmu codziennych czynności… Pisanie w tej sytuacji niesie za sobą ryzyko całkowitego pogubienia się. Otwiera we mnie różne tajemne furtki… Prowadzi przez mniej lub bardziej mroczne korytarze, porośnięte gęstwiną emocji i rozterek jeszcze nieujawnionych… Brakuje mapy i kompasu… Nie wiadomo też, co się wyłoni za zakrętem… Czy zalana słońcem polana, na której będzie się chciało pobyć w sposób nielimitowany, czy bezdenna jaskinia, z której trudno się będzie wydostać z powrotem na powierzchnię…

Nawet króciutkie teksty, zamieszczane na blogu, trzymają mnie czasem przez kilka dni w stanie ograniczonej przytomności umysłu. To że w takich dniach nie założyłam jeszcze butów nie do pary i nie wstawiłam do lodówki doniczki z rośliną, zawdzięczam świadomości, że „po głowie chodzi mi tekst i muszę się pilnować”.

„Strach się bać”, co by było, gdybym zaczęła pisać coś dłuższego… Zdarzyło mi się to raz, kiedy dla córki tworzyłam rodzinną opowieść pt. „Jesteś bramą”. Było to traumatyczne przeżycie. „W realu” zmagałam się równolegle z poważnymi turbulencjami, związanymi ze zmianą siedziby szkoły… Rozdarta między dwiema rzeczywistościami, cierpiałam jak potępieniec, gubiąc się kompletnie w różnych życiowych rolach.

Teraz też jestem troszkę rozdarta… Nęci mnie pomysł pisania. Ciekawi, dokąd mógłby mnie zaprowadzić. Z drugiej strony boję się, że stracę to, co tak mozolnie wypracowywałam sobie po śmierci Jurka – panowanie nad rzeczywistością, radzenie sobie z zadaniami, które nigdy nie były moją domeną.

Na razie więc pozostanę przy blogu… Może w ferie odważę się pójść o krok dalej…

Leave a Reply