W OBRONIE DZIKICH PLAŻ… REFLEKSJE PO DNIU DZIECKA

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zawsze wolałam dzikie plaże…

Byłam chorowitą i anemiczną dziewczynką… Jednak moi rodzice, poza prowadzaniem mnie po lekarzach i nieustannym diagnozowaniem (co zapewne niewiele mi pomagało), starali się od wiosny po początek września zapewniać mi pobyt na świeżym powietrzu. Nie było to łatwe. Pamiętam, że stale brakowało pieniędzy. Mama brała jakieś pożyczki w miejscu pracy, żeby tylko móc mnie wysłać – z babcią, ciocią-babcią, ciocią, nianią… , nad Świder, nad Bug, nad Bałtyk, a także – do Góry Kalwarii, Konstancina, Garbatki-Letnisko, Otwocka. Od zawsze czułam i czuję, że dzięki tym wyjazdom żyję do dziś.

Na wakacjach było nie tylko świeże powietrze, była też wolność.

W Garbatce na przykład wszystkie dzieci letników razem z dziećmi miejscowych przemieszczały się grupowo bez opieki dorosłych – do lasu i na truskawkowe pola. Żeby dostać się do lasu, trzeba było przejść przez tory. Przejście nie było strzeżone. Żeby dostać się na truskawkowe pole, trzeba było przejść przez główną jezdnię, prowadzącą przez Garbatkę. Najstarsi z nas mieli po 10-12 lat. Najmłodsi – 2-3 lata. Starsi trzymali za ręce młodszych. Kiedy miałam cztery lata, ktoś mnie prowadził. Kiedy miałam dziewięć lat, to ja prowadziłam jakiegoś brzdąca. Chodziliśmy z metalowymi kankami na jagody… Także – do miejsca w lesie, gdzie był taki niewielki wąwóz z piaszczysta skarpą… Piasek był w nim jaśniutki, prawie biały, w innych miejscach – żółtawy… Wieczorami na drewnianej werandzie w domu jednej z trzech moich ciotek organizowaliśmy przedstawienia dla dorosłych. Biletami wstępu były liście. Śpiewaliśmy piosenki. Recytowaliśmy wiersze. Wymyślaliśmy jakieś scenki, skecze… Parodiowałam mojego tatę, ciocię… Wszyscy zaśmiewali się do łez…

Kiedy wyjeżdżałam na wakacje z rodzicami, zawsze szukali dzikich, odludnych miejsc. Wtedy nad Bałtykiem takim miejscem był Jantar – biedna rybacka wioska. Rano po obfitym śniadaniu – z prawdziwym twarogiem, z prawdziwą śmietaną – wyruszało się nad morze, gdzie spędzało się cały dzień, jedząc kanapki z jajkami od „prawdziwych” wolno żyjących kur i pomidorami prosto z krzaka. Na kolację były smażone ryby i ziemniaki.

Tata lubił pływać. Płynął zawsze w głąb morza, prostopadle do linii brzegu. Jeździliśmy na ogół rodzinnie – byli z nami wujkowie, ciocie, kuzynostwo… Ale plaża była prawie pusta… Obie z mamą z niepokojem śledziłyśmy ciemny punkcik w oddali. Poziom naszego niepokoju związany był wprost proporcjonalnie z wysokością fal. W tamtych latach Bałtyk nigdy nie był jasno perłową, spokojną taflą. Tata wypływał daleko… Nikt nie mógłby go – w razie skurczu mięśni, zawału serca, jakiegoś prądu morskiego – uratować…

A jednak wypływał codziennie… Przeżył Mauthausen… Zapewne inaczej myślał o życiu i śmierci. Czym innym była dla niego wolność. Sądzę, że gdyby kazano mu pływać na tłocznym kąpielisku strzeżonym, między jedną czerwoną boją a drugą, nie pływałby wcale.

Bywaliśmy na niestrzeżonych plażach nad Wisłą, nad Świdrem… Wszędzie pływał… Daleko… Długo… Czy w ogóle były wtedy strzeżone plaże… Może gdzieś w Sopocie, w Krynicy Morskiej… Brodziłam w jakichś zatoczkach… Miałam półtora roku, dwa latka, trzy… Grzebałam patykiem w mokrym piasku… Szukałam muszelek… Bursztynków… Obserwowałam ławice maleńkich rybek… Meduzy… Wrzucałam do wody kamyczki… Robiłam babki z piasku… Ozdabiałam je muszelkami, kamyczkami, gałązkami… Lepiłam z błota zamki… Nie było wtedy kapoków dla dzieci… Kiedyś wrzuciłam tacie do Świdra zegarek…

Podczas sztormu stawaliśmy na brzegu trzymając się mocno za ręce – dzieci i dorośli – i pozwalaliśmy oszalałym falom biczować nasze ciała lodowata wodą z piaskiem…

Czy to było niebezpieczne?

Czy lepiej jest prowadzać dzieci na tłoczne strzeżone kąpieliska – słoneczne patelnie? Gdzie poziom hałasu niewiele mniejszy niż na dyskotece – megafony kuszą lodami, słodzonymi napojami, orzeszkami w karmelu albo nakazują natychmiastowe wyjście z wody, dorośli krzyczą na dzieci, dzieci w związku z tym płaczą albo też piszczą bez opamiętania podczas wodnych kąpieli. Gdzie mowa – co prawda ojczysta, ale bardziej z tych uproszczonych, ozdobionych emocjonalnymi przerywnikami. Gdzie nosy wdychają głównie papierosowy dym, zapach olejków i balsamów do ciała oraz ciepłego piwa z sokiem malinowym, pitego masowo przez młodych i starych z plastikowych kubków. Gdzie wzrok małego człowieka nie przebije się przez rząd kolorowych parawanów, spoconych ciał i śmieci, żeby zobaczyć cudowny morski czy też nadrzeczny pejzaż albo nawet – by bezpiecznie mógł wrócić do własnej mamy.

Czy nie lepiej jednak znaleźć takie miejsce na dzikiej plaży, gdzie podczas sztormu morze wdarło się głęboko na ląd i w związku z nierównością terenu nie mogło już wrócić… Albo też – znaleźć spokojną zatoczkę nad jeziorem, zbadać dno, odgrodzić płyciznę gałęziami, złamanymi konarami drzew, by mały człowiek mógł bezpiecznie brodzić w wodzie, wyławiać z niej skarby, grzebać w niej patykiem, słysząc dochodzące z pobliskich szuwarów kląskanie ptaków…

I żeby nie było wątpliwości – nie namawiam, żeby bezmyślnie pozwalać dzieciom bawić się w górskich rzekach czy też rwących strumieniach…

Wczoraj był dzień dziecka. Tak się niemiło złożyło, że musieliśmy załatwić kilka spraw urzędowych, związanych z działką, w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dzień z jednej strony okazał się dobry, bo nie było kolejek, z drugiej strony jednak załatwianie formalności w pomieszczeniach bez klimatyzacji okazało się wyjątkowo męczące. Musieliśmy jeszcze podjechać do Auchan w Piasecznie, by – jak co piątek – zrobić zakupy do przedszkola – spożywcze i artykułów szkolno-biurowych.

I tu szok – nigdy jeszcze nie znaleźliśmy się w centrum takiego korka, ani wjechać, ani wyjechać! Jakiś koszmar – czuliśmy się zakleszczeni!

Podejrzewaliśmy nawet, że wydarzył się jakiś wypadek… No i co się okazało – Polacy obchodzą dzień dziecka! W centrum handlowym! Piękna pogoda! Bezchmurne niebo! Ponad trzydzieści stopni! A pociechy biegają między regałami. Stoją w gigantycznej kolejce po lody Grycana! Przymierzają ubranka w Tape a l’Oeil.

No tak, w centrum handlowym nie utopią się, nie przegrzeją na słońcu, nie czyha na nie meszka, komar, końska mucha ani kleszcz… Nie skaleczą się bosą nóżką o patyk, nie potkną o wystający skandalicznie korzeń ani kamień… Nie ubrudzą się, nie nabawią się strupków na kolanach i łokciach… Nie naniosą piachu ani błota do samochodu i mieszkania…

Czy jednak pozornie bezpieczne spędzanie czasu w pozornie najbezpieczniejszych na świecie centrach handlowych jest rzeczywiście bezpieczne i zdrowe…

Czy rzeczywiście najbezpieczniejsze są strzeżone plaże…

Szczerze wątpię!

 

Leave a Reply