ZNAKI, SYMBOLE, TAJEMNICE…

Pierwszego słonecznego i ciepłego dnia wchodzimy na obiad do Baru Pod Wydmą, tuż przy wejściu na plażę w naszych ulubionych Kątach Rybackich. Właściciel restauracji patrzy na mnie wzruszony. Mówi: „Pięć lat na panią czekałem!”.

Zupełnie nie rozumiem jego emocji.

Przyjeżdżaliśmy do Kątów z Jurkiem od początku dwudziestego pierwszego wieku. Czasem z córką. Później we dwoje. Potem także z córką, zięciem i wnuczętami. Po śmierci Jurka zabrałam tam wnuczęta w sierpniu 2021 roku, na dwa tygodnie, tuż przed ich wyjazdem do Meksyku. Widocznie zapamiętały ten wyjazd dobrze, bo teraz dopominały się „powtórki z Kątów”, choć podczas poprzedniego pobytu w Polsce, dwa lata temu, zabrakło czasu na wyjazd nad Bałtyk i jakoś nie było o tym mowy.

W 2021 roku wszystkim, którzy znali Jureczka, dawałam albumy z jego zdjęciami. Także tym osobom, które znały go słabo. Z panem z Baru Pod Wydmą wymienialiśmy jedynie grzecznościowe zdania, najczęściej o pogodzie i jedzeniu, ale on też dostał album ostatniego dnia mojego pobytu w Kątach z wnuczętami, latem 2021 roku. W końcu co roku, w słoneczne dni nadające się do plażowania, stołowaliśmy się z Jurkiem u niego przez wiele letnich sezonów.

No i zadziała się magia.

Opowiedział mi o tym ze łzami w oczach, choć bynajmniej nie jest staruszkiem.

Od razu po otrzymaniu publikacji, zerwał folię i otworzył książkę. Ku swojemu wielkiemu zdziwieniu zobaczył… swój rodzinny dom, miejsce, w którym się wychował i żył razem z dziadkami i rodzicami.

U góry strony dwieście trzydziestej szóstej znajduje się zdjęcie budynku Poczty Polskiej w Wolinie. Właśnie w tym miejscu – z jakiegoś niejasnego powodu – otworzył się album, wywołując ogromne emocje. W budynku oprócz urzędu pocztowego znajdowały się mieszkania służbowe – kierownika poczty i dziadka właściciela Baru Pod Wydmą, który zajmował się łącznością. Dzięki temu rodzina już w latach sześćdziesiątych miała w domu telefon, co było wtedy nie lada luksusem. Album został przekazany mamie obdarowanego, którą równie mocno poruszył.

Właściciel baru wybiegł, chciał mnie dogonić, ale nie mógł mnie znaleźć. Pięć lat wypatrywał mnie wśród swoich gości. Chciał podziękować i opowiedzieć o swoich emocjach. Teraz, po tylu latach, pojawiła się w końcu okazja do dłuższej rozmowy, a nawet dwóch. Opowiedzieliśmy sobie całe życie. Za każdym razem mój rozmówca był mocno wzruszony. Ja też. Nawet wnuczęta obserwowały nas z przejęciem, a później musiałam odpowiadać na tysiąc pytań mojej Tosieńki, która chciała dokładnie zrozumieć sytuację.

Trzy pierwsze dni tegorocznego pobytu w Kątach Rybackich miały charakter wybitnie spacerowy. Zeszliśmy tamtejsze lasy wzdłuż i wszerz. Miałam wrażenie, że nie napotkaliśmy żadnej drogi ani ścieżynki, po której wielokrotnie nie szłam wcześniej z Jurkiem. Obecność jego wyczuwałam w każdym miejscu – i w lesie, i na plaży, i w Barze U Basi, w Barze Pod Wydmą, w znajomym warzywniaku… A także – w sylwetce i zachowaniu Tadzia…

Odwiedziliśmy Gdańsk, a w nim – grób prapradziadka dzieci oraz zupełnie nowe, niezwykłe, nieznane mi wcześniej miejsce – Hevelianum. Zachwyciło mnie ono zdecydowanie bardziej niż CN Kopernik…

Być może mój zachwyt tym miejscem wynikał z – moim zdaniem – bardziej przyjaznej przestrzeni – parku i ruin dziewiętnastowiecznego fortu na Górze Gradowej. Wnętrza z miejscami do eksperymentów i zdobywania wiadomości są pełne zakamarków, rozmaitych wnęk i nisz. Panuje w nich spokój. Nie ma pogłosu i gwaru jak w Centrum Nauki Kopernik, gdzie ekspozycja umieszczona jest w rozległej, wysokiej hali. Dzieci nie chciały z Hevelianum wyjść!

Magiczny czas!

Leave a Reply