WAKACYJNE LEKTURY I SZKLANA MENAŻERIA

Po rozpoczęciu wakacji wzięłam się w pierwszej kolejności za książkowe prezenty.

Długo czekała sześćset stronicowa, a przez to szalenie nieporęczna, biografia Jeremiego Przybory autorstwa Marii Wilczek-Krupy pt. „Żuan Don”. Fascynująca, intrygująca, zaskakująca, bardzo rzetelna książka, atrakcyjna, bo pełna fragmentów finezyjnych tekstów twórcy Kabaretu Starszych Panów. Pokazująca przy tym realia życia w międzywojennej i powojennej Polsce. Trudno mi było uwierzyć, że jeden z dwóch Starszych Panów był takim uwodzicielem. Wszak byłam pewna, że nałogowych kobieciarzy rozpoznaję na kilometr! Jeden z mężczyzn należących do tej kategorii był przecież moim tatą. Od dziecka obserwowałam, jak reaguje na atrakcyjne przedstawicielki płci przeciwnej. Umiejętność wyczuwania podrywaczy i flirciarzy bardzo przydała mi się w życiu. W przypadku Jeremiego Przybory mój instynkt zawiódł. Miałam go za trochę nieporadnego, niedzisiejszego, wrażliwego i poczciwego Starszego Pana właśnie, wędrującego przez życie z głową w chmurach. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że poznałam go jedynie za pośrednictwem biało-czarnego telewizora, a Kabaret Starszych Panów oglądałam jako dziewczynka.

Kolejną lekturą był trzymający w napięciu kryminał „Kolekcjoner lalek” autorstwa Katarzyny Bondy, mamy naszej tegorocznej absolwentki. Wręczyła mi egzemplarz książki z piękną dedykacją. Pochłonęłam ją w ciągu doby.

Również około doby poświęciłam niezwykłemu albumowi wydawnictwa Taschen pt. „Leonardo”, zawierającemu wszystkie prace wielkiego Leonarda da Vinci. Obcowanie z tym geniuszem to naprawdę ogromna przyjemność.

No a teraz kolejny tydzień nie mogę się oderwać od pożyczonej od kuzynki małej książeczki Sandora Marai – „Żar”. Na deser – takie kolejne jej fragmenty:” Teraz przez jakiś czas patrzyli w milczeniu na miejsce po obrazie, na salon w dole, na potężne meble, które strzegły pamięci, sensu pewnej chwili, jakby dotychczas istniały jedynie według praw tkaniny, drewna, metalu, lecz jedna chwila, sprzed czterdziestu jeden lat, napełniła martwe przedmioty żywą treścią, i ta chwila była sensem ich istnienia. … Ciężkie szare jedwabne zasłony zaczynają falować w powietrzu, ciężki kryształowy żyrandol także się poruszył, jak na wielkim statku, kiedy zrywa się burza. Niebo na chwilę się rozjaśnia, niebiesko-żółty błysk rozszczepia noc aż po jej kres, niczym złoty miecz ciało ofiary.”

Zupełnie przypadkiem, będąc jeden dzień w Warszawie, po złożeniu wniosku o wymianę dowodu osobistego, który niedługo straci ważność, zajrzałam do Ursynowskiego Centrum Kultury „Alternatywy”. Tam niecodzienna wystawa szklanych rzeźb Marty Klonowskiej. Rzeźby na pierwszy rzut oka – piękne i radosne, jak ze świata baśni, grające światłem, zmieniające się w zależności od miejsca, z którego są oglądane. Kiedy jednak podchodzimy bliżej, widzimy, jak bardzo są niebezpieczne, jak łatwo się nimi pokaleczyć, a jednocześnie – jak bardzo są kruche i delikatne. Kuszą, przyciągają, zachwycają i jednocześnie – budzą lęk i poczucie zagrożenia. Wiele tam nawiązań do płócien znanych mistrzów, a także – do sztuki Tenessee Williamsa „Szklana menażeria”.

Szokuje karkołomny proces tworzenia rzeźb – najpierw powstaje metalowy stelaż, potem do niego artystka misternie mocuje większe lub mniejsze kawałki różnokolorowego potłuczonego szkła.

Leave a Reply