We wrześniu 1976 roku pokochaliśmy się w Cetniewie nad morzem.
Szłam za nim po zewnętrznych schodach pawilonu, w którym mieliśmy pokoje, jak się okazało – obok siebie, z pięknym widokiem na morze. Nie zamieniłam z nim ani słowa. Ale moje serce zawołało pewnym głosem Danusi Jurandówny – „Mój ci jest!”
Nie wiedziałam, kim jest, jak myśli, co lubi, jak brzmi jego głos. A jednak miałam absolutną pewność, że to ON! ODNALAZŁAM GO I ROZPOZNAŁAM!
Zaprosił mnie na herbatkę i ciasteczka o wdzięcznej nazwie „Babetki” Jurka kolega, z którym dzielił pokój, też Jerzy; bo Jurek nie miał śmiałości.
W rozmowie okazało się, że dzieli nas wszystko. On – typ sportowo-dyskotekowy; ja z kolei typowy biblioteczny mól książkowy, nieco zagubiony w rzeczywistości.
No i co?! No i – MIŁOŚĆ!
Wspólnym mianownikiem była chyba tylko otwartość, wzajemna ciekawość i emocjonalność – u niego skrzętnie skrywana. Na zewnątrz był twardzielem.
Była piękna pogoda. Opalaliśmy się na plaży. Jurek pływał. Uczył mnie łapania i odbijania piłki siatkowej, bo byłam skrajną sportową łamagą. Bez końca rozmawialiśmy i kochaliśmy się. Z czasem okazało się, że miał liczne pasje i zainteresowania, i bardzo wysublimowane wnętrze. A także – silny charakter, niezwykłą kreatywność, niezłomność i odwagę.
Pomyślałam teraz, że właściwie powinnam pojechać do Cetniewa, odnaleźć ten ośrodek, położony na wysokim brzegu, niedaleko Centralnego Ośrodka Sportu…
A w ten weekend miałam miłych gości – ciotecznego siostrzeńca Jurka – Tomka z żoną Marzenką. Tomka widziałam ostatnio czterdzieści osiem lat temu na weselu w Jaczkowicach, gdzie mieszkała siostra mojej teściowej z rodziną i gdzie Jurek spędzał w dzieciństwie wakacje.
Dużo rozmawialiśmy o Jurku. A ja bardzo szukam takich okazji!

