Ewa, moja kochana i dzielna sukcesorka, opowiedziała mi swój sen.
Siedziałyśmy w porcie, na nabrzeżu. Patrzyłyśmy na morze. Podpłynął przepiękny duży żaglowiec. Powiedziałam – „Kupiliśmy tylko kadłub. Resztę zrobiliśmy sami.”
Wsiadamy na pokład, który – jak i wszystko na nim – zrobione jest z pięknego drewna. Wygląda na palisander, ale to zapewne tek. Wiele elementów jest rzeźbionych, zawiera ozdoby wzorem starych żaglowców. Schodzimy pod pokład. Wnętrza kabin też są wykończone szlachetnym, gdzieniegdzie rzeźbionym, drewnem.
Mówię – „To wszystko własnoręcznie zrobił Jurek”.
Żaglowiec zachwyca. Wypływamy kanałem portowym na pełne morze. W białe żagle dmucha wiatr…
A w weekend u mnie na wsi ptasi spektakl. Ogromne stada szpaków wbijające się hałaśliwie w pięć moich czeremch, żerujące w tych drzewach i spektakularnie, bo jednocześnie, wyfruwające w niebo. No i klangor przelatujących żurawi.
Także obfitość dóbr wszelakich – owoców i grzybów – ciągle rozpieszcza…


A jak zachwycają formy dla mnie niejadalne! Kiedyś poczęstowano mnie kanią, która okazała się muchomorem, więc kań nie zrywam, tylko je podziwiam, bo są wyjątkowo piękne!




Przepiękne są też klasyczne muchomory, tak jak ten malutki powyżej. Jak z bajeczki!
