Gdy 8 lipca wyjeżdżałam na wieś, przejęta zapowiedziami nadciągającego nad Polskę znad Włoch kataklizmu, spieszyłam się bardzo, by zdążyć przed nawalnym deszczem. Słuchałam komunikatów radiowych, z niepokojem patrząc na zbierające się chmury.
Kiedy uradowana, że udało mi się dotrzeć na miejsce, wjechałam na działkę, zobaczyłam z bliska majestatyczny lot ogromnego ptaka… Zaparło mi dech w piersiach. Nie był to myszołów – ten ma bardzo charakterystyczny rysunek na skrzydłach i jest mniejszy. Rozpoznaję też pustułkę, kanię. Upewniłam się w publikacji Andrzeja Kruszewicza „Ptaki Polski” (bo nie wierzyłam, że jest to możliwe na moim terenie) i jednoznacznie wychodzi mi, że zaszczycił mnie swoją obecnością orzeł we własnej osobie. Orły widziałam już w Grzegorzewicach wielokrotnie – z daleka i z bliska, ale nigdy nie pojawiły się u mnie. Wiem, że mają we wsi gniazda. Czuję się naprawdę wyróżniona tymi odwiedzinami.
Kiedy wysiadłam z samochodu, na szmaragdowym trawniku dostrzegłam biały punkt. Pół skorupki małego jajeczka. Wciąż myślę, czy w okolicy zaistniało jakieś nowe życie, czy raczej jakiś drapieżnik miał łatwy posiłek.
Naładowana alertami RCB, po nerwowej, „szarpanej” nocy, z szumem deszczu w tle i bulgotaniem wody w rynnach, odsłaniając rano rolety, spodziewałam się najgorszego. Oczami wyobraźni widziałam swój dom jako wyspę otoczoną wodą. Wszak na mapach „byłam na czerwono”. Z rozbawieniem zobaczyłam pliszkę cytrynową „pasącą się” na niezmiennie szmaragdowym trawniku – z właściwym sobie pośpiechem, połączonym z wrodzoną gracją krzątała się dziarsko, nie zważając na rzęsisty, ale zdecydowanie nie nawalny, deszczyk.
Kiedy popołudniu deszczyk zamienił się w delikatną mżaweczkę, odwiedził mnie pan bażant, przechadzając się przed oknami jak u siebie. Czasami na dłuższą chwilę przystawał, zerkając zaciekawiony w moją stronę.
Kiedy dwie godziny później wysechł taras, rozśpiewały się ptaki i do pracy wyruszył robot koszący, odetchnęłam z ulgą.
Niestety o godzinie 16.27 nadszedł kolejny alert RCB…
Wspominam dawne czasy, lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Coroczne wyjazdy motocyklem nad morze. Zawsze w okolicach Pasłęka łapał nas nawalny deszcz. Suszyliśmy mokre ciuchy w jakimś obskurnym hoteliku… Kiedyś w Jantarze, po dużych opadach, zastaliśmy na plaży słomiane dachy i spęczniałe ciała martwych zwierząt inwentarskich. Przez Żuławy musiała się przetoczyć gigantyczna powódź… Następnego dnia przyjechało wojsko i można się już było bawić na uprzątniętym i pięknie zagrabionym piasku.
W okresie licealnym jeździłam z mamą do Chałup, na cały sierpień. Pogoda zawsze nam dopisywała. Wracałyśmy do Warszawy w kolorze hebanu, ale co roku zdarzała się tzw. trzydniówka. Nawalny, nieprzerwany deszcz, który lał bite trzy doby. Miało to swój urok – siedziałyśmy wtedy w łóżkach i pożerałyśmy książki, od czasu do czasu przemykając w kaloszach, zakapturzone, do nieodległej sławojki. Te trzydniówki kojarzą mi się zawsze z dziewiętnastowieczną i późniejsza prozą. To wtedy pochłonęłam całego Sienkiewicza, całą Orzeszkową, całego Prusa, a także Żeromskiego, Nałkowską, Zapolską, Dąbrowską, Kossak-Szczucką, Iwaszkiewicza, Konwickiego. Nieco wolniej czytało się na plaży, podczas słonecznych dni. Niekiedy poziom wody w Zalewie Wiślanym podnosił się niepokojąco, grożąc przerwaniem drogi prowadzącej do Helu. Być może nawet zdarzało się to na dzień lub dwa. Kupowałyśmy codziennie gazety w miejscowym kiosku, nigdy nie było żadnych informacji o kataklizmach pogodowych.
Każde czasy mają swoją specyfikę, swoją politykę żonglowania informacjami. Pozostaje pytanie, czy lepszy niedostatek informacji, czy też używanie hiperboli w deszczu zalewających nas „njusów”.
Żyjemy stale w jakichś równoległych rzeczywistościach.
A dzisiaj odwiedził mnie na wsi taki gość…

