PTASIE OPOWIASTKI

Dziwiłam się, że zawsze po powrocie ze spaceru z Luną Jurek ma tyle do opowiadania o … ptakach… W końcu mieszkamy w mieście! A teraz – proszę! – sama niemal codziennie obserwuję polującą pustułkę. Nad naszą „toaletową polaną” unosi się w powietrzu wypatrując zdobyczy. Polana jest rozległa, porośnięta bujną trawą. Licznie w niej występują biała i – zwłaszcza – czerwona koniczyna oraz krwawnik. Dzisiaj obserwowałam pustułkę polującą w trochę odmienny sposób. Siedziała na gzymsie jednego z segmentów wybudowanych wzdłuż polany. Niby senna i napuszona. A jednak, pozornie spokojnie sobie drzemiąc, nagle zerwała się do bezszelestnego, pikującego lotu i upolowała w trawie jakieś maleńkie zwierzątko. I tak dwukrotnie wydarzyło się w ciągu dzisiejszego mojego porannego spaceru z Luną, która – zupełnie nieświadoma dramatycznych wydarzeń – ochoczo aportowała swoją czerwoną piłeczkę. Miałam też okazję z bliska przyjrzeć się pustułce, jej pięknemu, pomarańczowo-rdzawemu upierzeniu.

Z kolei jakieś dziesięć dni temu, przygotowując przy uchylonym oknie śniadanie dla siebie i mamy, wysłuchałam długiego śpiewaczego koncertu w wykonaniu – również pomarańczowo-rdzawego, ale gabarytowo skrajnie odmiennego – maciupeńkiego rudzika. Pogoda była piękna, a malutki ptaszek jakby sądził, że mamy maj, tworzył przepiękne miłosne trele. Siedział na gałązce ogołoconego już z liści bzu, rosnącego tuż przy oknie i wydawało się, że patrzy na mnie. Być może widział swoje odbicie w szybie i sądził, że widzi partnerkę… Tak musiało właśnie być. Śpiewał dobre piętnaście, dwadzieścia minut. Śniadanie musiało poczekać – w tych okolicznościach nie mogłam przecież włączyć miksera.

Znalazłam racjonalne wytłumaczenie wiosennej, miłosnej rudzikowej pieśni w środku listopada… Choć przecież byłam wtedy tak bardzo wzruszona… Jurek tak pięknie potrafił naśladować ptasie trele…

Leave a Reply