Na początku drugiej połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku mieliśmy z Jurkiem taki zwyczaj, że prawie każdą niedzielę spędzaliśmy razem w Bibliotece Narodowej. Obydwoje studiowaliśmy, a ja już wcześniej odkryłam to nieodległe od mojego rodzinnego domu miejsce jako idealną przestrzeń do nauki.
Biblioteka mieściła się wówczas w pięknym – jak na owe czasy – okrągłym budynku przy ul. Pawińskiego na Ochocie. W niedziele otwarta była – o ile dobrze pamiętam – od godziny 9.00 do 15.00. Około południa zorganizowana była przerwa na wietrzenie – trzeba było wtedy opuścić czytelnię i czekać chyba około 20 minut na korytarzu lub spacerować wokół gmachu, wśród drzew i krzewów. Czasu na naukę nie było więc bardzo dużo, około pięciu godzin. Zaraz po przyjściu składało się zamówienie na książki i zajmowało miejsce przy bardzo dużych, solidnych, wygodnych, dwuosobowych stołach. Potem czekało się na pojawienie bibliotekarki, która na metalowym wózku rozwoziła książki. Zamawiając je szacowałam, ile zdołam przeczytać. Potem układałam ich stosik po swojej lewej stronie, wyciągałam zeszyt i czytając równocześnie robiłam notatki. Przeczytane lektury odkładałam na drugi stosik po prawej stronie. Działo się to w ogromnym skupieniu, bardzo efektywnie. Nie było żadnych rozpraszaczy. Panowała absolutna cisza, pomijając szelest kartek.
W takich okolicznościach, przygotowując się zapewne do jakiegoś egzaminu lub kolokwium – z psychologii? z filozofii? pedagogiki? – zetknęłam się po raz pierwszy z pracami Rudolfa Steinera.
Międzystosikowy ruch z lewa na prawo zatrzymał się. Poszłam zamawiać kolejne teksty tego myśliciela. Z wypiekami na twarzy czytałam o holistycznym rozwoju dziecka, o roli sztuki i emocji w edukacji, o indywidualizacji procesu kształcenia, o wpływie doświadczeń, samodzielnego wnioskowania, zaangażowania, ciekawości na efekty pracy nauczyciela. A także – o konieczności rozwijania pasji i samoświadomości u uczniów. Od tej pory Rudolf Steiner został – obok Janusza Korczaka – moim największym pedagogicznym autorytetem. W niedługim czasie miałam okazję jako nauczycielka sprawdzać ich teorie w praktyce.
Tamtej niedzieli podzieliłam się swoim zachwytem z Jurkiem. Razem sięgnęliśmy – zapewne już w kolejnych tygodniach – po prace Steinera o uprawie roślin. Mieliśmy wtedy do dyspozycji działkę rodziców Jurka w Międzylesiu. Mój mąż literalnie podszedł do teorii rolnictwa biodynamicznego i zaczął skrupulatnie wprowadzać jego zasady w praktyce. Efekty przerosły nasze oczekiwania. Na początku lat osiemdziesiątych – już jako pracownik naukowy SGGW – otrzymał działkę pracowniczą przy ul. Nowoursynowskiej. We dwoje zamieniliśmy ją wkrótce z perzowiska w działkowe dzieło sztuki.


Najważniejszą zasadą obowiązującą na naszych dwóch płachetkach ziemi było kompostowanie i płodozmian. Kompost zasilany był nie tylko nawozem, ale także – ziołami. Opryski roślin robiliśmy dwoma robionymi w domu preparatami. Jeden był na bazie mleka. Drugi – parzonego tytoniu. Kupowaliśmy papierosy, które sprzedawano wtedy na kartki, wysypywaliśmy z nich tytoń do wody i parzyliśmy w garach, co nie było przyjemne ze względu na zapach.
Rośliny rosły jak szalone. Szkodniki i choroby się ich nie imały. Byliśmy bardzo dumni. Był to czas, kiedy obydwoje zamieszczaliśmy swoje artykuły w czasopiśmie „Działkowiec”. Dzieliliśmy się tam swoimi doświadczeniami.
Teraz mam ogród na wsi. Kilka razy do roku korzystam z pomocy ogrodnika. Nie mam siły sama wszystkiego robić. Niby jest ładnie, ale wiem, że mogłoby być jeszcze ładniej.

Ogrodnik nie wie nic o Steinerze. Podsypuje pod rośliny jakieś granulaty. W razie potrzeby (na szczęście nieczęsto) spryskuje zaatakowane przez mszyce róże chemicznymi środkami ochrony roślin. Kiedy sama coś sieję, pielę lub dosadzam jakieś kwiaty, widzę, jak bardzo ziemia potrzebuje dobrego kompostu. Wspominam cudowną, czarną, tłustą, płodną glebę, którą Jurek regularnie zasilał profesjonalnie, własnoręcznie, zgodnie z zasadami biodynamiki robionym kompostem.
Od kilku miesięcy pracuję nad świadomością ogrodnika i próbuję namówić go, żeby tej jesieni założył mi kompost z prawdziwego zdarzenia. Przecież obok mam stajnię… Może się uda…
Od kilku dni natomiast poszukuję edukatora, który przeprowadziłby w naszej szkole warsztaty steinerowskie dla nauczycieli… Pedagogika steinerowska jest bardzo bliska filozofii IB… Może nawet stanowi jej korzenie…
