PIĘĆ LAT MAGICZNEGO MYŚLENIA

Za kilka dni minie pięć lat od śmierci Jurka…

O żałobie łatwiej mi pisać cudzymi słowami:

„Żal po stracie jest inny. Nie jest daleki. Nadchodzi w postaci fal, paroksyzmów, nagłych napadów lęku, od których uginają się nogi, zaćmiewa wzrok i znika powszedniość. …uczucie fizycznego cierpienia nadchodzącego falami, trwającymi jednorazowo od dwudziestu minut do godziny; wrażenie ściskania w gardle, dławienia się krótkim oddechem; potrzeba, by westchnąć, i uczucie pustki w piersiach… od chwili kiedy tamto się stało, wpadłam w rodzaj szoku i pozwalałam sobie tylko na jedną myśl: że istnieją rzeczy, które musiałam zrobić…” Joan Didion, Rok magicznego myślenia, s. 31-32.

„Nie byłam gotowa stawić czoła garniturom, koszulom i kurtkom, ale sądziłam, że na początek dam sobie radę z pozostałymi jeszcze butami. Stanęłam przed drzwiami pokoju. Nie mogłam rozdać reszty jego butów. Stałam chwilę, nim zrozumiałam dlaczego: będzie ich potrzebował, kiedy wróci. Uświadomienie sobie tej myśli bynajmniej jej nie wymazało. Do dzisiaj nie próbowałam sprawdzić, czy straciła swoją moc.” Tamże, s. 42.

„Jak się okazuje, żal po stracie jest niby miejsce, którego nikt z nas nie zna, póki do niego nie trafi. … Wyobrażamy sobie, że najsurowszym sprawdzianem będzie dla nas chwila pogrzebu, potem zaś nastąpi owo hipotetyczne uzdrowienie. Myśląc o pogrzebie, obawiamy się, że nie zdołamy tego przetrwać, stanąć na wysokości zadania, okazać siły, nieodmiennie wymienianej jako odpowiednia reakcja na śmierć. Spodziewamy się, że będziemy się musieli uzbroić na tę chwilę. … Zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że nie to stanowi problem. Zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że pogrzeb okaże się w istocie środkiem uśmierzającym; że ulegniemy czemuś na kształt narkotycznej regresji, unoszeni troską innych oraz powagą i znaczeniem chwili. Nie możemy też przewidzieć niemającej końca nieobecności, która następuje później; pustki; zupełnego przeciwieństwa sensu; nieubłaganego pochodu chwil, kiedy będziemy się zmagać z doświadczeniem całkowitej bezsensowności.” Tamże, s. 211-212.

Od 13 stycznia 2021 roku koncentruję się bez reszty na „rzeczach, które muszę zrobić”.

Koszule, kurtki, płaszcze Jurka wiszą w szafie i garderobie, jak wisiały. Czasem się do nich przytulam. Czasem je wącham. Dwie puchowe kurtki noszę na wsi. Jego skórzana teczka z dokumentami stoi, jak stała, w jego gabinecie.

Od dzieciństwa miałam przekonanie, że funkcjonuję na styku różnych rzeczywistości, różnych energii, że świat materialny jest jednym z wielu, których doświadczamy mniej lub bardziej świadomie.

Jakiś czas po pogrzebie kontakty z Jurkiem zaczęły mieć charakter spektakularny. Często odbywały się przy świadkach, przy pomocy urządzeń elektrycznych. Trudno było zakwestionować te doświadczenia. Zawsze dawały mi ukojenie, wywoływały uśmiech na twarzy. Wzmacniały przekonanie, że miłość jest silniejsza niż śmierć i że Jurek jest stale ze mną.

Teraz spotykam Jurka głównie we śnie. Ostatnio zdarza się, że odbywam w nocy coś w rodzaju rodzinnych spotkań. Do Jurka czasami dołącza moja mama i – po raz pierwszy – także mój tata. Te spotkania są bardzo przyjemne i wzmacniające.

Zgodnie z instrukcją „fachowców od duszy” od pewnego czasu koncentruję się także na kolekcjonowaniu i celebrowaniu małych przyjemności dnia codziennego. Jakichś rozmów. Jakichś szkolnych przedsięwzięć. Spotkań online z wnuczętami. Spacerów. Widoków – na przykład ostatnio – cudownej zimy.

Zimorodka i czapli białej, widzianych z bardzo bliska podczas spaceru na wsi. Filmów. Na przykład „Chopin, Chopin” Michała Kwiecińskiego – pięknego dzieła o pięknej twórczości i niepięknym umieraniu. Książek. Ostatnio – cudownego, dającego do myślenia dwutomowego albumu Annie Leibovitz – „Kobiety”.

 Momentów, gdy udaje się pokonać fizyczność – materię moich niezbyt długich i dosyć sztywnych palców, i wydobyć z gitarowych strun dźwięki ulubionych utworów, na przykład „Creep”, na przykład „Iron Man”, na przykład „The Unforgiven”…

Chwil za kierownicą, z Rock Radiem, zwłaszcza w trasie z Warszawy na wieś lub z powrotem.

Podjęłam decyzję o adopcji psa… Planowałam wspólne z nim ferie świąteczne i zimowe na wsi oraz – resztę życia… Chciałam mieć do kogo otworzyć usta w domu… Czuć obecność rozumnej istoty blisko. Nie udało się. Teraz wprowadzam korektę do planów na rzecz życia towarzyskiego i drobnych remontów w starym ursynowskim domu.

Muszę mieć dużo rzeczy do zrobienia. Bez nich i bez snów nie istnieję!

Leave a Reply