„PAMIĘTAJMY O OGRODACH!”

Kończąc porządkowanie działki po zimie, tropiąc nabrzmiewające pączki liści i kwiatów na krzewach i drzewach, ciesząc oczy pierwszymi cebulowymi, które już odważyły się zakwitnąć oraz posadzonymi trzy tygodnie temu bratkami, myślę o Jurku. Myślę też o szkolnym jubileuszu, który w tym roku odbywał się pod hasłem „Pamiętajmy o ogrodach”…

27 października 2020 roku, mniej więcej półtora miesiąca po diagnozie, Jurek był już bardzo słaby, ale prowadził jeszcze samochód. Zamontował do skody przyczepkę i pojechaliśmy pod Tarczyn, do gospodarstwa, w którym można było kupić stare odmiany drzew owocowych, m.in. papierówki, renety, malinówki i kosztele. Sam te drzewka wybierał. Pojechaliśmy z nimi na działkę, gdzie założyliśmy – z pomocą ogrodnika – sad. Jurek nie miał już siły kopać, nawozić i nawadniać dołków, szczerze mówiąc – ledwo chodził, ale brał do rąk i przytrzymywał sam każde sadzone drzewko.

Drzewka pięknie rosną. Regularnie są przycinane i nawożone.

Ogrodnik przycina także cztery bardzo stare jabłonie, odziedziczone po poprzednich właścicielach naszej ziemi. Wcześniej zajmował się nimi Jurek, doprowadzając drzewa do obfitego owocowania co drugi rok.

Kontakt z ziemią był dla mojego męża bardzo ważny. Wychowywał się w przydomowym ogrodzie, o który bardzo dbała jego babcia; w otoczeniu pięknych roślin, a także psów i kotów.

Kiedy mieszkaliśmy przez osiem lat w małej kawalerce na Ochocie, razem z moimi rodzicami, na czwartym piętrze i bez ogródka ani nawet balkonu, załatwił działkę pracowniczą na Ursynowie. Byliśmy wtedy obydwoje pod dużym wrażeniem filozofii Rudolfa Steinera, mistyka, ezoteryka, twórcy antropozofii. Ja zgłębiałam podstawy stworzonej przez niego pedagogiki (która do dziś jest mi bardzo bliska; uważam też, że filozofia IB jest kontynuatorką tego nurtu myślenia o edukacji i wychowaniu), Jurek – prace Steinera dotyczące biodynamicznej uprawy roślin. Ursynowska działka stała się poletkiem doświadczalnym, sprawdzającym skuteczność zasad wymyślonych przez wielkiego myśliciela. Jurek – z właściwą sobie skrupulatnością, konsekwencją i pracowitością, a także lekkością  – wdrażał holistyczne i antropozoficzne podejście do uprawy ziemi. Tworzyliśmy preparaty biodynamiczne do ochrony roślin – z mleka oraz tytoniu, który wtedy był na kartki – oraz wyrafinowany kompost. Jurek przewoził na taczce, po kocich łbach,  koński nawóz z pobliskiej stajni. Doprowadził maleńką działkę do stanu nieprawdopodobnego rozkwitu, który zapewnił nam obojgu opinię ekspertów i zaproszenie do tworzenia artykułów w miesięczniku „Działkowiec”. Niestety nie zachował się żaden numer z naszymi tekstami… Mam przed oczami przepiękne kwiaty, które rosły na naszej działce – tulipany, kosaćce, nasturcje, nagietki, nemezje… Mieliśmy własne ogórki, fasolkę szparagową, warzywa korzeniowe, truskawki, poziomki i przepyszne gruszki klapsy. Potem nadszedł kolejny etap życia – rodzicielstwo, a działkę zabrano pod budowę osiedla… Grusze poszły pod topór. Pozostała jednak działka w Międzylesiu, w rodzinnym domu Jurka, a potem – zakupiona przez niego w 1991 roku – ziemia w Grzegorzewicach. W tym ostatnim miejscu, gdzie teraz mam swój weekendowy dom, od początku uprawialiśmy kwiaty. Pięknie udawały się róże, pięciorniki, także moje ukochane nasturcje, nagietki, cynie. Nie było już czasu na restrykcyjne i ortodoksyjne wprowadzanie steinerowskich zasad uprawy ziemi, ale niektóre z nich, dotyczące zwłaszcza ochrony roślin, stosowaliśmy nadal. Teraz korzystam z pomocy ogrodnika. Mam pod opieką ponad pięć hektarów ziemi. Sama nie dałabym rady. Większość działki stanowią, poza ścieżką wzdłuż ogrodzenia,  o której drożność dbają ogrodnicy, dzikie chaszcze – kryjówka dzikich zwierząt; łosi, jeleni, saren, zajęcy, bażantów; czasem pojawiają się dziki. Ostatnio dowiedziałam się o krzątaninie bobrów u mnie, kiedy spuściły mi wodę z jeziorka i przeniosły cały akwen na działkę sąsiada. Niewiele już takich terenów w okolicy. Wszędzie powstają nowe domy. Pozakładałam też wiele budek lęgowych, z których corocznie korzystają ptaki różnych gatunków. A także – wiewiórki.

Marzenie o własnym ogródku towarzyszyło mi od dzieciństwa. Skazana byłam na ostatnie piętro kamienicy, w której podwórko stanowił wybetonowany placyk z pojemnikami na śmieci i trzepakiem. Uprawy roślin uczył mnie dopiero Jurek.

Miło było posłuchać w poniedziałek rozmowy o ogrodach, a także – wprowadzenia pani Kamili Musiatowicz. Z rozczuleniem dostrzegłam przed szkołą kwitnące krokusy, zasadzone jesienią przez uczniów pod opieką pani Kamili oraz przeczytałam tabliczki, informujące, że obok zostały posiane moje ukochane nasturcje i nagietki.

Może uda się zainspirować uczniów miłością do ogrodów… Ogrody uczą cierpliwości, pokory, ale przede wszystkim – optymizmu i radości. Życie trwa! Jesienią wsadza się do ziemi suchą i – wydawałoby się – całkiem martwą cebulkę, żeby wiosną zobaczyć, jak mocarne, zielone życie nieustraszenie pcha się i rozpycha przez śnieg do słońca! Zasadzony w listopadzie suchy, martwy patyk, w marcu, kwietniu szykuje się do wypuszczenia liści! Po prostu – cud istnienia w czystej postaci! Cud nieśmiertelności! Lekcja optymizmu, wiary i nadziei – tak bardzo potrzebna, zwłaszcza młodym ludziom, zanurzonym bez reszty w cyber-śmietniku, który wysysa z nich energię i radość życia.

Pamiętajmy o ogrodach!

Pamiętajmy też o ludziach, na przykład takich jak Jurek!

Leave a Reply