MUZYKA I JA – DZIECIŃSTWO I WCZESNA MŁODOŚĆ

Napisałam tekst do numeru Gazety Monneta, poświęconego muzyce. Kiedy wysłałam go redaktorowi naczelnemu, dopadły mnie wątpliwości, w głowie pojawiły się kolejne muzyczne wątki i wspomnienia. Postanowiłam je wykorzystać, całość podzielić na rozdziały i umieścić na blogu.

Oto pierwsza część: MUZYKA I JA – DZIECIŃSTWO I WCZESNA MŁODOŚĆ

Najwcześniejsze doświadczenia muzyczne zawdzięczam mojemu tacie. Był człowiekiem niezwykle muzykalnym. Przed wojną miał w domu fortepian i harfę oraz prywatnych nauczycieli gry na tych dwóch instrumentach. W PRL-u żyło się bardzo biednie i w ciasnocie. Ale mój tata radził sobie z  brakiem instrumentu – potrafił grać na grzebieniu, na źdźble trawy lub napełnionych wodą butelkach, później – na harmonijce ustnej. Kiedy trafialiśmy do jakiegoś miejsca, gdzie stało pianino, siadał przy klawiaturze, zaczynał grać i tracił zupełnie kontakt z rzeczywistością. Stawałam wtedy obok i również odpływałam w świat dźwięków.

Grał głównie jazz, boogie-woogie, rythm and bluesa i rock and  rolla; improwizował. Jeden z kuzynów mojej mamy też był bardzo muzykalny i miał w domu pianino. Podczas rodzinnych imprez obydwaj panowie siadali przy klawiaturze i grali na cztery ręce, w ogóle niezainteresowani rozmowami przy stole.

Z kolei moja mama pięknie śpiewała. Najmilej wspominam Boże Narodzenie i kolędy śpiewane przez moich rodziców. Śpiewny, wzruszający klimat! Także – różne rodzinne uroczystości, podczas których wybrzmiewały biesiadne albo też patriotyczne piosenki. W tamtych czasach śpiewało się przy każdej okazji.

Z muzyką kojarzy mi się także duży radioodbiornik, w drewnianej obudowie,  z zielonym oczkiem, który stał u nas w domu. Uwielbiałam słuchać przy nim muzyki – głównie zespołów ludowych „Mazowsze” i Śląsk”, a także utworów Fryderyka Chopina. Później zachwyciłam się piosenkami w wykonaniu Ludmiły Jakubczak, Ewy Demarczyk, Marii Koterbskiej, Sławy Przybylskiej.

Nie chodziłam do przedszkola. Wychowywała mnie ciocia-babcia, ale raz lub dwa razy w tygodniu uczestniczyłam w zajęciach tanecznych w Ogródku Jordanowskim przy ul. Wawelskiej. Bardzo je lubiłam. Uczyliśmy się tańców ludowych. Ponieważ wykazywałam taneczne predyspozycje, w jakimś momencie skierowano mnie na zajęcia do  PKiN, w których uczestniczyłam jeszcze w trzech pierwszych klasach szkoły podstawowej. Tam ćwiczyliśmy balet – miałam baletki, biały strój baletowy, opaskę na włosy. Dwukrotnie nawet wystąpiłam na którejś scenie teatralnej w PKiN. Marzyłam, żeby zostać baletnicą. Słuchałam wtedy muzyki klasycznej, głównie Czajkowskiego, ze względu na skomponowane przez niego spektakle baletowe. Chciałam zdawać do szkoły baletowej. Moja mama zrobiła wszystko, żeby tak się nie stało. Zważywszy późniejsze doświadczenia w pracy w szkole baletowej, jestem jej za to bardzo wdzięczna!

Fascynacja baletem narodziła się we mnie dzięki przypadkowi. Rodzice z trudem zdobyli bilety na „Jezioro łabędzie” w wykonaniu moskiewskiego Teatru Bolszoj, z Mają Plisiecką w roli Odetty. Okazało się, że mamie wypadł wyjazd służbowy. Rodzice postanowili, że tata pójdzie ze mną. Zakładali, że wyjdziemy po pierwszym akcie; sądzili, że dłużej nie wytrzymam. Moja obecność – pięcioletniej chyba dziewczynki – w teatrze wieczorem budziła zainteresowanie innych widzów. Jednak „Jezioro łabędzie” zahipnotyzowało mnie. Obejrzeliśmy balet do końca. Do dziś pamiętam tamte emocje, tamten wielki zachwyt. A także – nieżyczliwe spojrzenia pasażerów komunikacji miejskiej podczas naszego późnowieczornego powrotu do domu.

W szkole podstawowej organizowano nam co jakiś czas spotkania z legendarną ciocią Jadzią – Jadwigą Mackiewicz i muzykami z Filharmonii Narodowej. Siedzieliśmy niewygodnie, w ciasnocie, na podłodze, ale opowieści cioci Jadzi o małym Frycku i dźwięki fortepianu zostały na zawsze w moim sercu. Poznawaliśmy twórczość także innych kompozytorów. Demonstrowano nam różne instrumenty muzyczne. Były to ważne dla mnie doświadczenia.  W 1970 roku mama zabrała mnie na występy pianistów uczestniczących w eliminacjach do Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego. Słuchałam występów m.in. Garricka Ohlssona, Piotra Palecznego i Janusza Olejniczaka. Wrażenie było ogromne, a miłość do muzyki Chopina nabrała nowych rumieńców! Chodziłam także rodzinnie – najpierw z rodzicami, później z córeczką – na niedzielne koncerty chopinowskie w Łazienkach oraz w Filharmonii Narodowej. Córeczka „załapała się” jeszcze na niedzielne spotkania w Filharmonii Narodowej z ciocią Jadzią. Z Fryderykiem Chopinem kojarzą mi się także jeszcze dwa nazwiska – Martha Argerich i Ivo Pogorelic. Byłam nimi zafascynowana, ale nie pamiętam, czy widziałam i słuchałam ich na żywo, czy za pośrednictwem telewizji.

W tym samym czasie mama zabierała mnie regularnie na wszystkie nowe spektakle operowe i baletowe w Teatrze Wielkim. Nie wszystkie mnie zachwycały, zapewne z powodu niedostatków inscenizacyjnych – amantów grali nagminnie podstarzali i otyli śpiewacy, co bardzo mi wtedy przeszkadzało. Poznałam jednak klasyczny repertuar operowy i baletowy. Najbliżej mi było – być może również ze względów patriotycznych – do Moniuszki, a mazur z „Halki” i mazur ze „Strasznego dworu” do dziś wywołują dreszcz emocji.

Naprawdę silnych doznań estetycznych w gmachu Teatru Wielkiego doświadczyłam w 1975 roku podczas spektaklu „Diabły z Loudun” w reżyserii Kazimierza Dejmka, z muzyką Krzysztofa Pendereckiego, a także podczas swojej pracy w szkole baletowej, kiedy to dostawałam zaproszenia na wszystkie nowe spektakle baletowe, także – zagraniczne. Niezwykłe wrażenie wywarł na mnie zwłaszcza występ czarnoskórych tancerzy Alvina Aileya oraz młodziutkiego zespołu Les Ballets de Monte-Carlo. Poznałam wtedy odmienną od rosyjskiej szkołę tańca, bardziej nowoczesnego i ekspresyjnego.

Koniec podstawówki i liceum – to fascynacja powstającym nieśmiało polskim rockiem, na który używano wtedy określenia big-beat. Moim absolutnym idolem był Czesław Niemen. Dwukrotnie byłam na jego koncertach – w Sali Kongresowej PKiN oraz w kinie Moskwa przy ul. Puławskiej. Szał, amok, kordony Milicji Obywatelskiej, z trudem blokujące nastolatkom w stanie ekstazy dostępu do artysty!

Do moich ulubionych należały także duety: Mira Kubasińska – Tadeusz Nalepa, Ada Rusowicz – Wojciech Korda oraz zespół Trzy Korony Krzysztofa Klenczona.

Zdarzyło mi się dwukrotnie być na koncertach zespołów zachodnich – Animals i Marmalade, i to było czyste szaleństwo nowych brzmień!

Miałam już wtedy adapter. Kupowałam tzw. pocztówki i normalne płyty analogowe. Dostęp do muzyki zachodniej był bardzo ograniczony, ale jednak z roku na rok wzrastał. Uważam, że powolne sączenie się przez żelazną kurtynę muzyki rockowej przyczyniło się do zmian obyczajowych i mentalnych w Polsce, a w konsekwencji – doprowadziło do kruszenia się podstaw „jedynie słusznego” ustroju.

Duże wrażenie wywarły na mnie w latach siedemdziesiątych dwa muzyczne filmy. Niezwykła nowatorska animacja „Żółta łódź podwodna”, z muzyką zespołu The Beatles, którą oglądałam na zamkniętym pokazie u mamy w pracy – w Centrali Wynajmu Filmów i na który to pokaz zostałam przez nią zwolniona z lekcji, oraz musical filmowy Milosa Formana „Hair”, który obejrzałam podczas Konfrontacji Filmowych. Oba te filmy zanurzone były w kulturze hippisowskiej, która wydawała się wtedy nam młodym – czystym rajem.

Ciąg dalszy nastąpi 🙂

Leave a Reply