Od momentu poznania Jurka intensywnie towarzyszył mi jazz i rock. Muzyka zbuntowana, przełamująca schematy i konwencje. W PRLu przyniosła ze sobą ożywczy powiew wolności, uświadamiając ludziom, za czym tęsknią, czego im brakuje. Zdejmowała też z nich uwierający pancerz fasadowości i hipokryzji, do którego się już co prawda przyzwyczaili, ale dzięki nowym brzmieniom poczuli jego ciężar i bezsensowność.
Po cudzie transformacji ustrojowej i pojawieniu się płyt CD Jurek szybko nadrobił czasy płytowej posuchy. Skompletował naprawdę pokaźny zbiór. Zakupił dobry sprzęt nagłaśniający i sprawił, że w domu obcowaliśmy z muzyką codziennie. Głównie wybrzmiewał rock i jazz, ale w święta Jurek układał muzyczny program, składający się z utworów muzyki klasycznej w najlepszym wykonaniu.
Królował oczywiście Chopin. Chętnie słuchaliśmy też m.in. symfonii Gustava Mahlera, suity nr 1 i 2 „Peer Gynt” Edvarda Griega, „Czterech pór roku” Antonio Vivaldiego.
Muzyka klasyczna niepodzielnie panowała w czasie Wielkanocy. W Boże Narodzenie rozbrzmiewały także kolędy, najczęściej w góralskim wykonaniu, piosenki Elvisa Presleya i Mariah Carey.
Przez wiele lat w trakcie sesji jogi towarzyszyła nam muzyka medytacyjna, najczęściej w wykonaniu mnichów tybetańskich, ale także – rozmaite składanki jak np. „The Nature of America”.
Przełom XX i XXI w. to w naszym życiu także czas szalonej zabawy. Co weekend lub – co dwa szaleliśmy tanecznie i koncertowo podczas różnorodnych imprez w klubie Pomerania na Ursynowie. Odbywały się koncerty muzyki etnicznej i zabawy przy muzyce rockowej. Wykonawcy, którzy kojarzą mi się najbardziej tanecznie, to: Blondie, Four Non Blondes, No Doubt, The Cranberries, Queen, Rod Steward, Tina Turner…
Były lata, kiedy lubiliśmy spędzać urlopy we Włoszech. Przed wyjazdem i w trakcie podróży samochodem słuchaliśmy nagminnie optymistycznego włoskiego repertuaru. Kiedy zaś odpoczywaliśmy na Roztoczu, nie opuszczaliśmy żadnego koncertu w pobliskich drewnianych, starych cerkiewkach. Najczęściej występowali rzeszowscy filharmonicy. Bywaliśmy także na imprezach jazzowych. Nigdy nie zapomnę wspaniałego koncertu Włodka Pawlika i tamtej pewności, że obcujemy z naprawdę wielką muzyką.
W okresie „przeddziadkowym” co roku we wrześniu uczestniczyliśmy w bardzo interesującym festiwalu „Skrzyżowanie Kultur”, organizowanym przez profesor Marię Pomianowską. Impreza odbywała się w dużym namiocie obok PKiN. Można było posłuchać fascynującej muzyki etnicznej ze wszystkich kontynentów. Poznać niezwykłe instrumenty. Kupić znakomite płyty. Występowały najlepsze zespoły, wielokrotnie nagradzane podczas różnych światowych festiwali. Niezwykła uczta dla ucha i także – ducha, bo niekiedy prezentowano repertuar szamański. Wielu wykonawców zachwyciło nas i później uzależniło od swoich płyt. Na przykład zespół Sutari („Kupalnocka”, „Łado”, „Jeleń”, „Konik morski”, „Chłopacy”); zespół Vołosi („Crawler”, „Transylwania”, „Tsavkisi”), wyśmienita wokalistka trynidadzka, „matka calypso” – Calypso-Rose („So Calypso”, „Abatina”, „Leave Me Alone”, „Calypso Blues”, „Far From Home”).
Przez większą część życia z uwielbieniem słuchałam także pieśni rosyjskich – Aleksandra Wertyńskiego („Madame Irene”), Bułata Okudżawy i Włodzimierza Wysockiego.
W tym momencie mojego życia muzyka znów pokazała swoją moc! Zdecydowanie – rockowa! Wyparła wszystkie inne rodzaje muzyki.
Po wyjściu ze stołecznego szpitala klinicznego, który okazał się miejscem tortur fizycznych i psychicznych dla Jurka, psychicznych – dla mnie, dwa tygodnie przed swoją śmiercią Jurek poprosił, żeby mu puszczać na okrągło pięć tych samych rockowych płyt. Gdy odszedł, zostałam z tymi płytami. Głośna rockowa muzyka towarzyszyła mi stale w domu. W jakimś momencie pojawiło się zaskakujące i bezsensowne pragnienie, żeby wziąć do ręki gitarę elektryczną i zagrać choć jeden akord. Zwierzyłam się z tego pragnienia uczennicy Ray Czarny. To ona zmotywowała mnie do rozpoczęcia nauki gry na gitarze. Po raz pierwszy w życiu – nie licząc cymbałków w dzieciństwie – wzięłam do ręki instrument muzyczny. Pierwszym utworem, który zagrałam, był „Smoke on the Water” Deep Purple, ukochanego zespołu mojego zmarłego męża. Potem – „Perfect Strangers” i „Child in Time”. Kolejno przyszły utwory takich zespołów jak Metallica – „Nothing Else Matters”, „Enter Sandman”, „The Unforgiven”; AC/DC – „Thunderstruck”, „Highway to Hell”, „T.N.T”; Rolling Stones – „Paint It Black”, „I Can’t Get No Satisfaction”; Black Sabbath – „Paranoid”, „Iron Man”… A także Tiny Turner „The Best” – „nasz” utwór. Teraz w związku z preferencjami wnuczka ćwiczę Paganiniego – Kaprys no 5, ale chętniej gram jednak rocka. Wielokrotnie z trudnych nocnych chwil, związanych z żałobą, wyrywało mnie rano Rock Radio, w samochodzie, w drodze do szkoły, i utwory takie jak na przykład „Heartbreaker”- w dynamicznym, dzikim wykonaniu Pat Benatar. Ten utwór jest teraz moim ulubionym – niezwykle energetyczny, pełen złości, ale przywracający siły, by żyć, by się nie poddawać.
Ostatnio z kolei doświadczyłam niezwykłych emocji, ucząc się utworu „Creep” zespołu Radiohead.
Nie umiałabym żyć bez muzyki… Dosłownie!
