Jest sobota ósma rano. Wstaję z łóżka. Odsłaniam i otwieram okno. Mglisty ranek. Za oknem ptasi śpiew. Dzika energia życia i miłosnej szalonej egzaltacji. Wiosenny amok. Uśmiecham się. Wychodzę z sypialni. Idę do kuchni napić się ciepłej wody. Otwieram drzwi na taras. Las gotuje się i kipi skrzydlatą miłością.
Spoglądam w dół i widzę nieszczęście. Parę drozdów. Jeden leży na grzbiecie, łapki sztywne wyciągnięte w górę. Przy główce mokra plama. Musiał rozbić się i to nawet nie o szybę, tylko o ścianę domu. Drugi stoi obok, zastygły w cierpieniu. Jak posąg, bez ruchu, na baczność. Krzątam się chwilę po kuchni. Na tarasie nic się nie zmienia. Żałobna skamieniała warta trwa.


Wracam do sypialni. Ścielę łóżko. Wchodzę do łazienki, żeby się umyć i ubrać.
Pół godziny później wracam do kuchni. Drozd nadal trwa przy zmarłym, choć już porusza się. Zagubiony, wyraźnie zrozpaczony, przytłoczony nagłą samotnością. Jego ciało mówi – co mam teraz robić? Dokąd lecieć? I – po co? Spogląda na mnie, kręci główką, jakby szukał rady i pocieszenia. Patrzę na niego z miłością i współczuciem.


Jednak płaczę, choć to nie pierwsza wiosenna nagła ptasia śmierć, z którą muszę sobie poradzić. Ptaki wiosną tracą ostrożność, wpadają na szyby, ściany i czasami kończy się to tragicznie, choć w większości przypadków na szczęście wystarczy chwila odpoczynku i odlatują, jakby nic się nie stało. Dzisiaj czeka mnie pogrzeb.
Muszę jednak pozwolić na spokojne pożegnanie, przeżycie żałoby partnera. Nigdy wcześniej nie byłam świadkiem tak długiego żałobnego ptasiego czuwania.
Godzina dziewiąta trzydzieści. Sztywne ciało małego śpiewaka leży już samotne na kamiennej płycie. Być może partner/partnerka spogląda na nie gdzieś z gałęzi…
Ludzkie i nieludzkie wspólne doświadczenia. Miłość, śmierć, nagła dojmująca samotność, rozpacz, żałoba. Wszystko to samo.
A wokół piękna wiosna – energia wzrastania, nabierania sił po zimie i miłości!




