Czasami trudno się uwolnić od uroku pięknych słów. Takich, które są niejednoznaczne, mienią się jak diament wszystkimi kolorami tęczy, niosą ze sobą tajemnicę, wzbudzają radość, pociągają, zastanawiają, czy wręcz – wrastają niepostrzeżenie w duszę, budując naszą wrażliwość i wyobraźnię.
Znam to od dziecka. Gdy widzę chmurkę, moje wnętrze – nieprzerwanie od sześćdziesięciu paru lat – mruczy: „Jak to miło chmurką być, niebem płynąć jak po wodzie. Mała chmurka na dzień dobry taką piosnkę śpiewa co dzień…” Pierwszy śnieg wciąż wzbudza we mnie „bimbomowanie”: „Im bardziej pada śnieg, bim bom, im bardziej prószy śnieg, bim bom, tym bardziej sypie śnieg, bim bom, jak biały puch z poduszki…”
Od bycia nastolatką towarzyszą mi piękne słowa stworzone przez romantyków, zwłaszcza – Mickiewicza. Uczenie się ich na pamięć sprawiało mi jakąś niewyobrażalną przyjemność, którą trudno porównać z czymkolwiek: „Jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanka, swawola!”, „Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie?”, „Tato nie wraca; ranki i wieczory. We łzach go czekam i trwodze; rozlały rzeki, pełne zwierza bory i pełno zbójców na drodze”, „Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana, zabiwszy grzebie w gaju, na łączce przy ruczaju…”, „Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany; świeciły się z daleka pobielane ściany, tym bielsze, że odbite od ciemnej zieleni topoli, co go bronią od wiatrów jesieni. Dom mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi… Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza, że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza”, „Człowieku! Gdybyś wiedział, jaka twoja władza! Kiedy myśl w twojej głowie, jako iskra w chmurze, zabłyśnie niewidzialna, obłoki zgromadza i tworzy deszcz rodzajny lub gromy i burze; gdybyś wiedział, że ledwie jednę myśl rozniecisz, już czekają w milczeniu jak gromu żywioły, tak czekają twej myśli szatan i anioły: czy ty w piekło uderzysz, czy w niebo zaświecisz… Ludzie! Każdy z was mógłby, samotny, więziony, myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony.”
Początek lipcowego wyjazdu z Warszawy przywołuje zawsze piosenkę: „Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka rzeka…” oraz mniej lub bardziej sprośne zwrotki „Morskich opowieści”. Powrót – „Chociaż tyle w świecie miast, więcej niż na niebie gwiazd, tu najpiękniej płynie czas, najbliższa sercu jest Warszawa…”
Kiedy mijam samochodem Mławę – na skutek niegdysiejszego pomylenia Rawy z Mławą właśnie – zaczynam recytować: „Ze spuszczoną głową powoli idzie żołnierz z niemieckiej niewoli…” I brnę do końca. Kiedy widzę drogowskaz „Chylonia”, śpiew ciśnie się na usta: „Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni, dzisiaj milicja użyła broni. Dzielnieśmy stali, celnie rzucali. Janek Wiśniewski padł…” Kiedy kątem oka obserwuję na plaży czy w parku miłosne poruszenie jakiejś pary, atakuje mnie natychmiast potok pięknych słów stworzonych przez Szymborską, Osiecką lub Przyborę. Jurek przyzwyczaił się do tej mojej przypadłości, znosił ją bohatersko i bez sprzeciwu. W czasie studiów urok słów tak mnie dopadł, że uczyłam się na pamięć nawet prozy – „Stu lat samotności” w genialnym tłumaczeniu Grażyny Grudzińskiej i Kaliny Wojciechowskiej. Myślę, że Jurek tyle razy słuchał tych rozmaitych tekstów w moim wykonaniu, że sam też pewnie znał całkiem spore ich fragmenty.
Teraz na tę moją zależność od pięknych słów narażona jest Ewa. Na razie jakoś to znosi.
W te wakacje znalazłam się pod magicznym urokiem nowego tekstu. Kolejny raz czytam „Żar” Sandora Marai. Nie mogę przestać. Słowa – w genialnym tłumaczeniu Feliksa Netza – dosłownie zahipnotyzowały mnie. Nie znam ich jeszcze na pamięć, ale czytam z lubością i zachłannością kolejny raz. Na przykład taki fragment: „ Przy fortepianie siedzieli w takim zapamiętaniu, z wyprostowanymi – choć lekko odchylonymi – naprężonymi ciałami, jakby muzyka miotała niewidocznym, legendarnym ognistym rydwanem zaprzęgniętym w rumaki i tylko oni dwoje, w zawierusze i zawrotnym pędzie ponad ziemią, usztywnionymi torsami i silnymi rękami pewnie trzymali wodze wyzwolonych żywiołów.” Nie chce się pisać recenzji, koncentrować na własnych refleksjach i przemyśleniach. Pragnie się – z jakiegoś niejasnego powodu – uczyć na pamięć! I zupełnie nie można się oderwać!
