Czasami, kiedy rzeczywistość skrzeczy zbyt mocno lub jest zbyt trudna, potrzeba resetu! Na ogół nie jest to takie proste, bo nadmiar spraw codziennych generuje bałagan i chaos w myślach oraz brak możliwości skupienia się na jednej rzeczy i znalezienia dystansu.
Najbardziej sprawdzał mi się w takich sytuacjach wyjazd na przykład nad morze. Teraz jednak taki wyjazd nie był możliwy.
Na szczęście skuteczny okazał się inny sposób – zanurzenie w lekturze. Sprzyjały temu dwa dłuższe weekendy.
Zanurkowałam więc głęboko…
Najpierw w dwie książki Agaty Tuszyńskiej – „Rodzinną historię lęku” i „Ćwiczenia z utraty”. Bałam się ich, bo tę pierwszą czytałam jakoś w 2006, 2007 roku i uruchomiła ona trudne emocje, a ta druga dotyczy towarzyszenia kochanej osobie w umieraniu, więc wydawała mi się wyjątkowo niebezpieczna. Zmobilizowana jednak wizytą w szkole autorki, zebrałam się na odwagę. O dziwo, choć zanurzyłam się bez reszty w lekturze, zachowałam wewnętrzny spokój i dystans. Było to zaskakujące. Kiedy pierwszy raz czytałam „Rodzinną historię lęku”, byłam świeżo po wydrukowaniu „Jesteś bramą”, mojej rodzinnej historii cierpienia. Ta moja historia, choć przecież nieżydowska, też obfituje w traumy wszelakie, także te, związane z okupacją niemiecką. Bo statystyka nie ma tu nic do rzeczy; wiedza o liczbie ofiar Żydów i nie-Żydów. Jest ból najbliższych, strata, lęk w rodzinie. Była konspiracja, był Pawiak, były bombardowania, brutalne rewizje w domu i przesłuchania, śmierć brata podczas akcji zbrojnej na warszawskiej ulicy. Było ukrywanie uciekinierów z getta, była ucieczka z kolumny pędzonych do lasu na śmierć, były łapanki, obóz koncentracyjny, Powstanie Warszawskie… Choć nikt z najbliższej rodziny nie zginął w komorze gazowej, to jednak mój tata trafił w 1945 roku na stertę ciał w obozie Mauthausen Gusen… Na szczęście ktoś zauważył, że jeszcze żyje i umieścił go w amerykańskim szpitalu wojskowym… Wiedza małej Hani o rodzinnych traumach była trudna do uniesienia. Duża Hania jakoś sobie z nią poradziła. Potrzebowała na to wielu lat…
„Ćwiczenia z utraty” też przeczytałam nad wyraz spokojnie… Wiele wspólnych z autorką reakcji i prób poradzenia sobie z tematem śmierci najbliższej osoby, podobne myśli i działania.
Zadziwiające, jak spokojnie i bezkarnie poradziłam sobie z książkami Agaty Tuszyńskiej!
Kolejną jaskinią, w której ukryłam się przed chaosem i niepokojem myśli, są książki Herbjorg Wassmo – „Dziedzictwo Karny” i „Stulecie”. Soczysta epicka narracja! Portrety silnych kobiet. Ich traum, ich bólu, ich szczęścia i namiętności, ich relacji z mężczyznami, ich relacji z dziećmi! Przede mną jeszcze kolejne lektury norweskiej pisarki – cudowna perspektywa na najbliższy czas! W pierwszym rozdziale „Stulecia”, które jest historią rodzinną autorki, jest taki – bliski mi fragment –
„Mam opory. Tak jakby moja własna historia stanowiła truciznę, zdolną wszystko zniszczyć. Moje prawdziwe, przeżyte życie nie da się zmienić w literaturę. Nie można zrobić z niego fikcji ani opowiedzieć go jako prawdy. Tak myślę. A potem rozumiem, że muszę je opowiedzieć na takich samych warunkach jak wszystko inne. Bo czym jest pełna prawda historii? Czy ludzka myśl, której nie można mieć pod kontrolą, jest pozbawiona prawdy? A nasze czyny, czy są bardziej prawdziwe, bo z pozoru można je kontrolować? Mogą przecież być kompletnie fałszywe w stosunku do tego, co czujemy i myślimy. W jakim stopniu możemy poznać człowieka tylko na podstawie tego, jak go odbieramy? W końcu dostrzegam, że wszystko w życiu ulega ciągłej zmianie, na dobre i na złe. To jedynie kwestia czasu.”
Nie mam złudzeń – życie to odwieczny taniec dobra ze złem, także – życia ze śmiercią, także – żeńskości i męskości. Nasza cywilizacja usiłuje nas pozbawić tej prawdy. Lukruje. Fałszuje. Tworzy swoiste „procedury na nieśmiertelność”, filozoficzne fantazmaty, złudzenia, że wszystko mamy pod kontrolą, że przed wszelakim złem uchroni nas profilaktyka, prawo, instrukcje obsługi wszystkiego, poradniki – co jeść, jak żyć, jak kochać… Wypycha poza nawias codzienności – śmierć, chorobę, cierpienie, zło. Czyni nas finalnie bezbronnymi wobec ciemnej, trudnej strony naszego istnienia…
A ja lubię czuć w tym tańcu yin yang, tańcu życia i śmierci, dobra i zła, przemijania i trwania – siłę życia, siłę kobiecości, siłę dobra. Lubię czuć „grit” wewnętrzny, by trwać, by walczyć, by się nie poddawać, by kreować rzeczywistość, dawać wsparcie, dawać dobro. Lubię czuć siłę przodków – moich bohaterów, moich zwycięzców!
W ostatnich dniach pomagają mi w tym książki.
Dzięki im za to!
