KOBIETA I MĘŻCZYZNA

Kobiecie do szczęścia, do pełni, do rozwoju potrzebny jest mężczyzna… A konkretnie – głęboki, długotrwały związek z nim. Być może odwrotnie jest podobnie, ale w tej kwestii nie czuję się ekspertką.

Wiem, że pierwsze dwa zdania nie są poprawne politycznie ze względu na obecność w przestrzeni publicznej różnych preferencji seksualnych i walkę o – wciąż naruszane – prawa mniejszości w tym zakresie. Uważam, że każdy ma prawo żyć, jak chce i z kim chce, dopóki nie krzywdzi nikogo. Pomimo to upieram się przy pierwszym zdaniu tego tekstu.

Kobieta i mężczyzna – choć należą do tego samego gatunku istot żyjących na ziemi – różnią się bardzo. Po wielu latach życia, także po ostatnich latach obserwacji rozwoju wnucząt, naprawdę trudno mi uwierzyć w tzw. płeć kulturową, choć podobno jest potwierdzona naukowo i pisząc te słowa, skazuję się na potępienie przez wszystkie porządnie wykształcone osoby. Jestem już stara i mogę sobie na to pozwolić.

Te różnice między kobietą i mężczyzną stanowią właśnie o atrakcyjności ich związku.

Kiedy się poznaliśmy, Jurek był zdecydowanie z Marsa, a ja – z Wenus.

Żył sportem – wyjątkowo sprawny, zdrowy, silny, uprawiający różne dyscypliny. Chyba najbardziej lubił pływanie i siatkówkę.

Mówił, że będzie miał nowego mercedesa. I że to będzie jego pierwszy samochód. Takie przeświadczenie, pragnienie, cel wyrażał w 1976 r.!!! Myślałam, że fantazjuje. Nowiutkiego czerwonego mercedesa wybieraliśmy razem w salonie Zasady na Krakowskim Przedmieściu. Był rok 1991. Do tego czasu nie mieliśmy żadnego samochodu, choć większość naszych znajomych od dawna jeździła maluchami, polonezami lub używanymi samochodami zachodnimi. Miał talent do zarabiania pieniędzy. Podczas studiów mył okna na wysokości. Doprowadził do mistrzostwa umiejętność szycia ubrań – na ciuchach w Rembertowie sprzedawał za ciężkie pieniądze swoje dzieła – modne spodnie i kurtki, szyte na wzór amerykańskich. Projektował domy. Po studiach, po pracy dydaktycznej na uczelni i na budowie w charakterze najpierw majstra, a potem – kierownika budowy, założył dużą, ambitnie działającą firmę budowlaną.

Wolny czas lubił spędzać w hali sportowej, na basenie lub w dyskotece. Lubił mocować się na rękę z innymi chłopakami; zwłaszcza z tymi, którzy zabiegali o moje względy.

Odważnie też reagował na agresywne zachowania różnych podpitych typów, zaczepiających bezkarnie pasażerów w autobusach czy też na przystankach tramwajowych. Nigdy się nie wahał, by stanąć w czyjejś obronie, w sytuacji, gdy inni udawali, że niczego nie widzą. Nie wiem, gdzie nauczył się bić, ale zawsze dawał radę, nawet w najtrudniejszej sytuacji, gdy agresorów było kilku. Najczęściej jednak wystarczyła zdecydowana reakcja – odwaga, ton głosu i postawa ciała. Złe zapędy gasły.

W sobotę 13 lutego – miesiąc po śmierci Jerzego – gdy staliśmy rodzinnie przy jego grobie, zadzwonił jego szkolny kolega – Zbyszek Janas. „Słuchaj, śnił mi się dzisiaj Jurek! Taki, jakim go pamiętam z młodości. Jechaliśmy razem pociągiem, chyba na wakacje. Kilku chuliganów zaczepiło mnie. Wtedy Jurek wstał, odezwał się i oni skakali potem z tego pociągu. Taki był naprawdę. Wiele takich sytuacji pamiętam.” Miło, że Zbyszek – super dzielny, niesłychanie odważny, niezłomny opozycjonista – tak właśnie pamięta Jurka…

Z kolei ja preferowałam czytanie książek. To był mój sposób na życie. Siedziałam godzinami, także w weekendy – raczej krzywo niż prosto – w rozmaitych czytelniach. Byłam chorowita. Sport dawno już przekreśliłam. Jedyną moją aktywnością fizyczną było piesze przemieszczanie się po Warszawie, ponieważ nie lubiłam ścisku w autobusach i tramwajach. Dyskotek nie cierpiałam z całego serca. Kochałam teatr i kino. Sensem mojego życia było analizowanie meandrów ludzkiej natury. Lubiłam o tym godzinami rozmawiać z przyjaciółmi ze studiów… Niuanse, dzielenie włosa na czworo, humanistyczne ple, ple, ple…  Jurek patrzył na nas zdziwiony…

Czytanie zarzucił dosyć wcześnie. W dzieciństwie z wypiekami na twarzy pochłaniał powieści Karola Maya, trylogię o Atosie, Portosie, Aramisie i d’Artagnanie, a także zwiedzał świat z Tomkiem Wilmowskim, bohaterem książek Alfreda Szklarskiego.

Łączyła nas może tylko niechęć do spędzania czasu przed telewizorem, choć – jeśli już – to on chciał oglądać mecz, ja – Teatr Telewizji…

Mimo że spotykaliśmy się codziennie, codziennie wysyłałam do niego listy miłosne. W zamian nie mogłam doczekać się żadnej odpowiedzi, nawet ustnej, nie mówiąc już o pisemnej. O uczuciach ani mru-mru – milczał, jak zaklęty!

Żadnego wspólnego mianownika! Ratunku, jak tu razem żyć! A jednak!!! Kiedy się poznaliśmy, z jakiegoś niejasnego powodu pomyślałam: „To mój mąż na całe życie”.

Miałam wrażenie, że w tłumie obcych osób rozpoznałam kogoś najbliższego – dobrego, delikatnego, wrażliwego i subtelnego, pomimo tej – swoją drogą też zachwycającej! – tężyzny fizycznej. Wiedziałam od razu, że chcę z nim być na dobre i na złe.

W świetle rozmaitych poradników o dopasowaniu partnerów nie mielibyśmy najmniejszych szans! Nie byliśmy w ogóle dopasowani pod żadnym względem. Poza tym, że pragnęliśmy siebie jak powietrza!

Szukanie porozumienia, poznawanie Kosmosu drugiego człowieka, jego potrzeb, tęsknot, marzeń było najcudowniejszą przygodą w ciągu tych wspólnych 44 lat i 4 miesięcy. Odbywało się to krok po kroku. Wymagało wiele pracy, odwagi i uwagi. I było fascynujące właśnie ze względu na wszystkie te różnice, które nas dzieliły.

Przed spotkaniem każde z nas słuchało innej muzyki. Na początku rozkochaliśmy się wzajemnie w ulubionej muzyce partnera. O tym już trochę pisałam na tym blogu. Jurek pięknie rysował ołówkiem moje portrety. Rzeźbił figurki w drewnie. Pamiętam jak omdlewała mi uniesiona ręka, kiedy mu pozowałam. Czytałam mu na głos ulubione powieści – „Sto lat samotności”, „Ferdydurke”, „Mistrza i Małgorzatę”… Recytowałam ukochane wiersze… Polubiłam rolę kibica siatkówki… Zadowolona byłam z roli „dziewczyny ratownika” – siedziałam na leżaku, opalałam się i czytałam książki. Jurek w tym czasie nadzorował kąpielisko lub dawał lekcje nauki pływania. Wciągnęłam się w uprawę ogródka – Jurek wychował się w domku w Międzylesiu, ja w mieszkaniu na Ochocie, ale zawsze marzyłam o kontakcie z naturą. Pisaliśmy wspólnie artykuły do wydawnictwa „Działkowiec” o prowadzonej przez nas ekologicznej uprawie roślin. Część weekendów razem spędzaliśmy w bibliotece – obydwoje wykonywaliśmy tam swoje uczelniane zadania. Jurek coś liczył, tworzył projekty różnych budynków inwentarskich, poznawał technologię produkcji rolniczej. Angażował się w to, o czym się uczył. Opowiadał mi o tym. Opowiadałam mu o przeczytanych książkach, potem – o pracy w szkole i uczniach. Wiedziałam wszystko o prowadzonej przez niego firmie. On wiedział wszystko o naszej szkole.

Razem uczyliśmy się jeździć na nartach. Na zjazdowych zostałam mistrzynią asekuracyjnej jazdy pługiem. Jurek towarzyszył mi na niebieskich trasach, jednak później w męskim gronie szalał na czarnych. Na biegówkach jeździłam stylem klasycznym, on – łyżwą. Razem odbyliśmy wyjazdowy kurs jogi, by później przez wiele lat regularnie ćwiczyć z trenerką dwa razy w tygodniu. W końcu ćwiczyliśmy sami w domu i podczas wakacyjnych wyjazdów. Podobały nam się te same filmy. Oglądaliśmy ich mnóstwo na DVD.

Samotnie zgłębiał co najmniej dwa razy w tygodniu tajniki konnej jazdy i umiejętność tę doprowadził do absolutnej perfekcji. Samotnie jeździł na skajkach, na rolkach i na rowerze. Samotnie zachwycałam się kolejnymi powieściami Olgi Tokarczuk, choć niektóre ich fragmenty czytałam mu na głos.

Obydwoje pokochaliśmy teatr Tadeusza Kantora i Włodzimierza Staniewskiego. Zafascynowani jeździliśmy regularnie przez wiele lat do Gardzienic. Myśleliśmy podobnie o życiu, o sztuce, o edukacji, o wychowaniu wnucząt… I choć różnice między nami jakby się rozmyły, iskrzenie, żywość emocji nas łączących pozostały…

Nie poznałabym siebie, nie byłabym sobą, gdybym nie poznała Jurka… Teraz poznaję siebie bez niego. Uczę się  żyć na nowo. Chcę żyć tak, by był ze mnie dumny. By nie dać plamy… Kobieta – nagle sama… Trochę w szoku… Bardzo w szoku…

W głowie mam ważny dla mnie od czasu studiów cytat ze Stanisława Brzozowskiego: „Trzeba przerosnąć swoje cierpienie i ból, by móc je wyrazić w formie trwalszej niż bełkot lub krzyk.”

Trzeba…

Leave a Reply