Kiedy poznałam Jurka, ubierał się w zielony dżins, na który moda pojawiła się na Zachodzie w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Później dowiedziałam się, że szpanerskie, supermodne spodnie i kurtki szył sobie sam na maszynie swojej babci z zielonego płótna kupionego w składnicy harcerskiej, która znajdowała się przy ul Marszałkowskiej.
Abstrahował od biedy i otaczającej nas brzydoty. Abstrahował od ustroju. Był piękny, pięknie ubrany, wolny i pełen nadziei. Ulubionym jego kolorem był zielony.
Nie umiał też żyć bez kontaktu z naturą. Zabierał mnie w niedzielę na długie spacery po międzyleskich polach i lasach. Kiedy wracałam do domu na Ochotę, moje zawsze napuszone włosy, układające się w stylu afro, pachniały zielenią.
W ciągu czterdziestu czterech lat wspólnego życia uprawialiśmy cztery płachetki ziemi. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy w naturze. Można by powiedzieć, że nasz związek był wręcz skąpany w różnych odcieniach zieleni, słońcu, z szumem morza lub lasu, lub pól w tle. Pachnący ziołami, morzem, jeziorem, puszczą. Pachnący nieograniczoną wolnością, przestrzenią i nadzieją… Zawsze dający siłę do pokonywania różnych trudności i przeszkód.
Kiedy przeczytałam temat letniego numeru Gazety Monneta – „Zielono mi!”, natychmiast pomyślałam o Jurku. On ubrał moją duszę w soczysto zielone barwy nadziei.
Patrzę na ruchome cienie roztrzepotanych skrzydeł i gałęzi drzew. Na szmaragdowej trawie tworzą niezwykły teatr. Myślę o Jurku. Zielono mi!


