Sytuacje z życia wzięte.
W trakcie lekcji wpada wyraźnie zdenerwowana mama licealisty. Pyta w sekretariacie o nauczyciela, z którym chce się natychmiast zobaczyć w pilnej sprawie. Tłumaczymy, że trwa lekcja i musi chwilę poczekać. Zniecierpliwiona czeka. Równo z dzwonkiem wchodzi do klasy pełnej jeszcze uczniów. Okazuje się, że jej syn w trakcie lekcji, która właśnie się skończyła, otrzymał złą ocenę, którą mama dostrzegła natychmiast w dzienniku elektronicznym. Z miłości do syna przybiegła zaraz do szkoły (bo szczęśliwie blisko mieszka!), by uzgodnić z nauczycielem sposób poprawy złego stopnia.
Uczeń szkoły podstawowej otrzymał z testu dziewięćdziesiąt procent. Tata natychmiast przybył do szkoły, żeby opracować we współpracy z nią „program naprawczy”, a także zorganizował synowi intensywne korepetycje z tego przedmiotu.
Jedna dziewczynka opuściła nagle swą dotychczas najlepszą przyjaciółkę z klasy i zaczęła spędzać przerwy z inną koleżanką . Dla opuszczonej dziewczynki jest to trudne przeżycie, z którym trudno jej się pogodzić. Jest zła i rozżalona, i skarży się swojej mamie na niewierną przyjaciółkę/atmosferę w klasie/odrzucenie przez rówieśników. Ta mocno zaniepokojona (czy to nie jest już mobbing?) przychodzi do szkoły. Wychowawczyni, wicedyrektor, psycholog szkolna debatują, jakie podjąć kroki, by nikt nie czuł dyskomfortu. Potem organizują mnóstwo spotkań w różnym składzie, w tym serię wizyt u psychologa, by pomóc uczennicy poczuć się dobrze.
Mniej więcej dwa lata przed egzaminem ósmoklasisty rodzice uniemożliwiają swojemu kochanemu dziecku, w trosce o wynik „tego najważniejszego w życiu egzaminu, od którego zależy przyszłość młodego człowieka” podejmowanie ulubionych aktywności, a nawet odpoczynek w trakcie wakacji letnich, opłacając cały sztab korepetytorów, uniemożliwiając „marnotrawienie czasu” i zapewniając w ten sposób – swoim zdaniem – jak najlepsze przygotowanie do egzaminu.
Uczniowie podejmują inicjatywę zorganizowania jakiejś imprezy szkolnej albo są w trakcie przygotowania wystawy PYP. Wychowawcy, chcąc, by efekt tej aktywności ich podopiecznych był perfekcyjny, pomału przejmują za nich odpowiedzialność, sterują, kierują, a niekiedy narzucają „lepsze rozwiązania”. Bo przecież dzieci same nie są w stanie zrobić tego dobrze! No i finalnie są brawa, i zachwyty, i powszechny podziw!
Dziecko ma w domu zrobić jakąś pracę – makietę, prezentację, model serca. Rodzicom zależy, żeby wypadła ona jak najlepiej. I czasami pomoc zamienia się w wyręczanie. Praca powstaje piękna! No i co z tego?!
Czy o to w tym wszystkim chodzi?!
Mamy cudowne narzędzie, które pomaga nam dbać o sens i cel podejmowanych przez nas (rodziców i nauczycieli) działań. IB-owski Golden Circle: What? How? Why? Najważniejszym pytaniem jest: Why? Jeśli naszym celem jest, by uczniowie stawali się samodzielnymi, dzielnymi, odważnymi, wszechstronnymi, szczęśliwymi, mocnymi, otwartymi ludźmi, twórczo podchodzącymi do własnego życia, niebojącymi się przeszkód i wyzwań, musimy wzmacniać w nich radość z własnego rozwoju i pokazywać im wpływ, jaki mają na swoje życie i otaczający ich świat. Szkoła musi być poletkiem do różnych doświadczeń – związanych i z wiedzą, i tych społecznych.
Jeśli młody człowiek nie ma szans, by podjąć refleksję na temat słabej oceny i samodzielnie ustalić z nauczycielem sposobu jej poprawy… Jeśli nie ma możliwości samodzielnego popracowania nad zagadnieniami, które sprawiają mu trudność… Jeśli uniemożliwia mu się samodzielne dbanie o relacje rówieśnicze, rozwiązywanie konfliktów, wyjaśnianie niejasności i intencji… Jeśli nie pozwala mu się wziąć pełnej odpowiedzialności za wymyślony przez niego projekt… Jeśli uniemożliwia mu się robienie tego, co kocha… Jeśli codziennie przez wiele długich lat pokazuje mu się brak wiary, że może sobie z czymkolwiek kiedykolwiek samodzielnie poradzić…
W imię jego dobra!
W imię naszej do niego miłości i troski!
Często sporym nakładem energii i środków finansowych!
Rujnuje się jego poczucie własnej wartości. Karmi się go lękiem, jak sobie poradzi w dorosłym życiu. Odbiera mu się radość uczenia się, a z czasem – radość w ogóle. Uszczupla się jego zasoby witalne – wiarę, nadzieję i miłość!
A to oznacza – choroby, depresje, stany lękowe. Jest to jasny i oczywisty proces!
Bo zdrowie psychiczne, poczucie szczęścia, zaradność biorą się z poczucia sprawczości i wewnętrznej mocy. A te trzeba rozwijać i trenować właśnie w dzieciństwie i młodości! Potem jest już za późno!
