Kilka sobotnich godzin spędziłam z Martą w Milanówku, w schronisku dla bezdomnych psów i kotów. Zdecydowałam się w końcu na adopcję psa. Marta znalazła mi piękną suczkę. Bo miała być właśnie suczka, tak jak trzy poprzednie czworonogi w naszym domu.
Suczka okazała się pięknym, mądrym, łagodnym i kochającym ludzi zwierzęciem, w kolorze biszkoptowym; podobna nieco do Luny. W trakcie spaceru objawiła się jednak jedna jedyna jej wada, dla mnie niestety bardzo poważna. Ta łagodna, miła psina dostawała ataku furii na widok każdego mijanego psa. Trzeba było jednocześnie próbować ją odciągać od obiektu frustracji i odwracać jej uwagę smakołykiem. To okazało się dla mnie trudne z powodu 25 kg bardzo żywej wagi i dynamicznych reakcji. Gdyby żył Jurek, zapewne nie byłoby problemu. Dałby radę utrzymać ją i oduczyć takich zachowań. Po spacerze, zrezygnowane, obejrzałyśmy wszystkie inne schroniskowe suczki. Miłe, chętne, potrzebujące. Którą wybrać?! Wyszłyśmy ze schroniska zmęczone i skołowane. Skołowane bardzo! W ogóle nie wiedziałam, co robić! Jechałyśmy już samochodem do Warszawy, gdy przypomniałam sobie jedną sytuację i pewną nieśmiałą mordkę. Stałyśmy na wybiegu. Rozmawiałyśmy z wolontariuszką o obejrzanych suczkach i różnych naszych wątpliwościach. Raptem na swojej prawej ręce poczułam czyjś nos i czyjś język. Ktoś bardzo nieśmiało i delikatnie mnie zaczepiał. Ostrożnie odwróciłam się i zobaczyłam mordkę średniej wielkości psiaka, który zainteresował się mną. Nie skakał. Nie szalał. Stał i patrzył na mnie. Pogłaskałam go, poczęstowałam kawałeczkiem parówki, ale nie przyglądałam się więcej – to był samiec, a ja zafiksowałam się na suczki.
W drodze powrotnej do domu towarzyszył mi przez cały czas obraz jego mordki. I nagła myśl – może niepotrzebnie skoncentrowałam się na suczkach! Zatrzymałyśmy samochód. Chciałyśmy wracać. Zadzwoniłyśmy do schroniska. Umówiłyśmy się na kolejną sobotę. Dzisiaj rano wstałam, myśląc o piesku, nie panując nad łzami. Mam nadzieję, że nie będzie już żadnych przeszkód i że znalazłam nowego czworonożnego przyjaciela… Powściągliwego, troszkę nieśmiałego, delikatnego, nieco misiowatego… Będziemy poznawać się pomału, ale wytrwale i spokojnie. Bez fajerwerków, nadmiernej wylewności, ale efektywnie i stabilnie… Mam wrażenie, że obydwoje tego właśnie potrzebujemy…
Jestem też pod dużym wrażeniem schroniska w Milanówku. W przeszłości kilka razy byłam w dwóch różnych tego typu miejscach. Żadne nie zrobiło na mnie tak dobrego wrażenia – pod względem porządku, organizacji przestrzeni, liczby i poziomu zaangażowania wolontariuszy. Schronisko, położone na bardzo rozległej leśnej działce, podzielone jest na mniejsze sektory. Między nimi są – zawsze bardzo dokładnie i skrupulatnie zamykane – furtki. W każdym – zgromadzone są zwierzęta podobnej wielkości i te, które się lubią. Na środku każdego sektora jest przestrzeń do wspólnej zabawy. Każdy pies zajmuje osobne pomieszczenie – mały domek z dużym, indywidualnym, zamykanym wybiegiem. Warunki mają naprawdę dobre. Nie brakuje im też jedzenia, bo sucha karma, którą obie z Martą miałyśmy w kieszeniach, nie była dla psów żadną atrakcją. Dostałyśmy od wolontariuszki pokrojone parówki. Wszędzie w schronisku rosną duże drzewa, głównie sosny. Jest także sporo niewydeptanej trawy. W soboty, kiedy przychodzą wolontariusze, pieskom jest naprawdę dobrze. Odbywają ze swoimi opiekunami długie spacery po okolicy. Bawią się na wspólnych wybiegach. Są głaskane, przytulane, nabywają nowych umiejętności. Łatwo też umówić się na wizytę w sprawie adopcji. Widać zaangażowanie pracowników, by jak najwięcej podopiecznych znalazło swoje domy. Mam porównanie – w innym schronisku procedura adopcyjna odstrasza, a umówienie terminu odwiedzin graniczy z cudem.
Na pewno warto wspomagać to miejsce… Dzieje się tam naprawdę dużo dobra… Widać, że samorząd nie ociąga się z przelewami dotacji, a pracownicy umieją pozyskać darczyńców i bardzo dbają o zwierzęta.
