Pewne zachowania od urodzenia były dla mnie trudne. Zwłaszcza te, związane z cierpliwością i odwagą. Od zawsze miałam też problem z przełamywaniem własnego uporu, z nadmiernym przywiązaniem do własnych przekonań i wyznawanych idei.
Cierpliwości nauczył mnie zawód nauczyciela. Osiągnięcie takich celów, jak rozwinięcie u uczniów potrzeby czytania literatury oraz umiejętności poprawnego i precyzyjnego wyrażania myśli na piśmie, wymagają bowiem bezgranicznej cierpliwości, systematyczności, żelaznej konsekwencji i twórczego zaangażowania nauczyciela. Pomógł mi wewnętrzny upór, naturalna moja cecha, determinacja i przeświadczenie, że ambitne cele z natury swojej są bardzo trudne do osiągnięcia.
Własną odwagę odkrywałam stopniowo przy Jurku. Podejmowanie wielkiego ryzyka – zarówno wizerunkowego, jak i finansowego – w imię idei dobrej edukacji – zaczęło sprawiać mi satysfakcję. Założenie szkoły. Wprowadzenie programów IB do wszystkich placówek, wbrew woli niegdysiejszej kadry nauczycielskiej, a także – rodziców uczniów i przedszkolaków. Walka o bezpieczeństwo lokalowe szkół, która w pewnym momencie wydawała się beznadziejna, a dodatkowo – obnażała ponury obraz funkcjonowania urzędów i władz samorządowych. Wszystko to – na początku trochę przerażające! – zaczęło z czasem sprawiać mi satysfakcję. Dało mi też ogromne poczucie sprawczości i siły. Udowodniłam sobie, że dzięki uporowi, niezłomności, konsekwencji można podołać najtrudniejszym wyzwaniom.
Z wiekiem stałam się także otwarta na różne idee, światopoglądy, przeświadczenia. Zrozumiałam bowiem, że prawda o istocie i sensie naszego istnienia i tak pozostaje poza zasięgiem naszego pojmowania.
Przyszedł teraz najwyraźniej czas na trudną lekcję pokory. Dotychczasowe doświadczenia – cierpliwość, odwaga, słuchanie instrukcji – okazały się całkowicie bezużyteczne. A ja musiałam się poddać i uznać swoją porażkę.
Od wielu lat mieliśmy w domu suczki. Po odejściu Luny czułam się samotna i poczułam w końcu, że nadeszła pora na adopcję psa. W schronisku odnalazł mnie Benji. Podszedł. Powąchał bardzo delikatnie moją rękę. Polizał. Poszliśmy razem na spacer. Miałam pewność, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Trafił do mojego domu na wsi dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. Mądry i śliczny. Rozumiał na spacerze komendy: „Stój. Czekaj!” Nie ciągnął. Nie rzucał się na inne psy. Siadał grzecznie podczas zapinania smyczy. W domu zachowywał czystość. Raz wskoczył na kanapę, ale gdy usłyszał moje: „Nie wolno!”, natychmiast zeskoczył i nigdy już nie podjął kolejnej próby. Przy gościach zachowywał się idealnie. Nie skakał na nikogo. Nie warczał. Okazało się, że uwielbia oglądać filmy. Siadał wtulony w moje nogi i śledził akcję od początku do końca. Kiedy chciał być pieszczony, podchodził i psim zwyczajem podrzucał nosem moją rękę albo opierał się ciałem o moje nogi i domagał w ten sposób drapania po ciele. Cieszył się spuszczony ze smyczy na posesji. Biegał dookoła mnie. Merdał ogonem. Zapraszał do zabawy. Ja z kolei działałam pod dyktando schroniskowych wolontariuszek i behawiorysty. Zachowywałam się wyłącznie w ramach otrzymanych instrukcji. Celem było, by Benji w krótkim czasie poczuł się bezpiecznie i dobrze.


Zdarzyło się jednak pięć niepokojących reakcji psa, a ja nie od razu pojęłam stopień trudności, zagrożeń i – w końcu – swoją porażkę.
Pierwsza reakcja – w dniu przywiezienia go do mnie. Wiedziałam, że nie mogę go jeszcze wyczesać, bo tego nie lubi. W zabawie złapałam jednak odruchowo za sterczący kłaczek sierści, która już wypadła, ale jeszcze nie odpadła. Zobaczyłam krew kapiącą z ręki. Bez ostrzeżenia! Wytłumaczenie było – pierwszy dzień, dużo wrażeń! Przestraszył się!
Druga – podczas wizyty wolontariuszek, które miały przełamać jego opór przed samochodem i ośmielić mnie do wycierania mu łap. Rzucił się na nie, choć ich nie ugryzł. Wytłumaczenie było – zbyt dużo wrażeń! Łapy pozostały niewycieralne. Samochód – poza zasięgiem możliwości.
Kolejna – w związku z gotowaniem przeze mnie mięsa. Miało być atrakcyjniejsze od suchej karmy i posłużyć do oswajania psa z samochodem. Niestety zapach okazał się pobudzający, wyzwolił jakieś atawizmy. Benji rzucił się na mnie, choć mnie nie pogryzł. Poczułam lęk, bo jego atak był frontalny. Zobaczyłam wściekłość i odsłonięte zęby!
Potem w trakcie składania sobie życzeń z kuzynką nastąpiła próba ataku na nas, powstrzymana przez krzyk kuzynki, która to w porę dostrzegła.
Dziewiątego dnia pobytu psa u mnie, w Nowy Rok, po cudownym, radosnym wspólnym spacerze na śniegu i zjedzeniu przez psa śniadania, rzucił się na mnie bez ostrzeżenia, gdy przechodziłam obok. Tym razem znów z ręki popłynęła krew.
W panice zadzwoniłam do schroniska. Otrzymałam zalecenie wypuszczenia Benjego z domu i czekania na pracowników schroniska, którzy przyjechali zresztą w ciągu pół godziny i go zabrali.
Teraz ma mieć rezonans mózgu i przejść kastrację.
A ja zostałam poraniona – fizycznie i psychicznie. Wszystko jeszcze się goi.
Myślę o Jurku, jego stosunku do zwierząt…
Jurek cudownie układał psy. Nie bił ich. Nie używał tzw. smaczków. Operował głosem, mową ciała i używaniem pieszczot. Uważał, że pies z natury swojej jest drapieżnikiem i najważniejsze, by szybko pojął hierarchię w „nowym stadzie” i by przypadkiem nie aspirował do dominacji. Nasze psy wykonywały komendy – „Siad! Daj łapę! Drugą! Aport! Przynieś! Daj! Zostaw! Chodź! Biegaj! Leżeć! Do zabawy! Noga! Do nogi!” Można było w dowolnym momencie włożyć rękę do ich miski, do ich mordy. Zajrzeć do ucha. Złapać za nogę lub ogon! Wyczesać sierść. Wyjąć kleszcza. Chodziły przy nodze, bez smyczy. Jurek codziennie robił im trening podległości człowiekowi i posłuszeństwa. Były szczęśliwe. Posłuszne. Wpatrzone w niego. Nie było mowy, żeby choć warknęły na kogokolwiek z domowników.
Tak samo Jurek ułożył konia. Bat i ostrogi uważał za prymitywne, archaiczne i zupełnie zbędne przyrządy. Koń chodził za nim jak pies, kładł głowę na jego ramieniu, bez uwiązu pozwalał się myć po jeździe. A przecież z natury swojej był stworzeniem płochliwym, uciekającym.
Podstawą wychowania zwierząt przez Jurka była miłość do nich, połączona z żelazną konsekwencją i zasadą bezwzględnej podległości człowiekowi, codziennie praktykowaną. Nasza pierwsza suczka Sonia trafiła do nas po trudnych przejściach z człowiekiem, gdy miała około roku. Nie dostawała żadnych leków na uspokojenie. Jasna hierarchia w domu; codzienne rytuały, związane z jedzeniem i spacerami, połączone z wyżej wspomnianą konsekwencją i treningiem podległości zdziałały cuda.
Teraz psi behawioryści mówią o tym, że pies jest z natury łagodny, a człowiek musi zdobyć swoim umiejętnym traktowaniem zwierzęcia jego zaufanie. Mowa jest też o traumach zwierząt. Agresja jest rozumiana jako przejaw niepewności, lęku, pozostałości po dawnych traumach zafundowanych przez złych ludzi. Serwowane są im środki uspokajające i psychotropowe. A głównym narzędziem wychowania są umiejętnie używane tzw. smaczki i chwalenie.
Moim zdaniem Benji nie ma guza mózgu, lecz źle odczytał swoje miejsce w „nowym stadzie”.
Poczuł się najważniejszy w nowym domu. Uznał, że może dominować. Pozwolił sobie na próbę narzucenia człowiekowi, w tym przypadku – starszej kobiecie po przejściach – swoich zasad. Bo jest z natury drapieżnikiem, samcem, mocnym, młodym, inteligentnym i z charakterem. Potrzebował być może nie kolejnych smaczków, a mocnego zrównoważonego mężczyzny, który nie pozwoliłby się zdominować i od początku znajomości bardzo wyraźnie zaznaczał swoją niepodważalną przewagę, zamiast nadmiernie dbać o poczucie bezpieczeństwa psa i zabiegać o jego komfort.
Oczywiście nie jestem zoopsychologiem ani psim behawiorystą. Nie aspiruję do wygłaszania prawd o psich atawizmach. Przez wiele lat żyłam natomiast z mocnym mężczyzną, który świetnie, bez przemocy, radził sobie ze zwierzętami.
Zastanawiam się nad obowiązującymi obecnie trendami w myśleniu… O człowieku, o świecie, o wychowaniu… Nad kolejnymi teoriami w psychologii i psychoterapii… Nad Europejczykami, którym wydawało się, że wojna jest trudnym do wyobrażenia sobie teraz archaizmem w działaniu… Nad twórcami procedur, prawa i wszelakich instrukcji, którym wydaje się, że ich działanie uchroni człowieka przed wszelkim złem, zaprowadzi sprawiedliwość, porządek i ochroni najsłabszych przed przemocą. Obowiązuje lukrowanie i zakłamywanie rzeczywistości, jakaś forma samooszukiwania się, wiary w racjonalny porządek świata.
Wydaje mi się, że w tym naszym pełnym hipokryzji w myśleniu, cyfrowo-plastikowo-sterylno-proceduralnym świecie niebezpiecznie łatwo abstrahujemy od zwierzęcych i ludzkich atawizmów… Tworzymy iluzję, związaną z kondycją człowieka, a także – postrzeganiem zwierząt.
Natura nie daje się tak łatwo pokonać kulturze. Instynkty niechętnie ulegają normom i wartościom. U ludzi! A co dopiero – u zwierząt! Czasy jaskiniowe, czasy walki o ogień są bliżej, niż nam się wydaje. A człowiek to jednak drapieżca. Dowodzą tego wojny, które trwały, trwają i trwać będą… Pomimo ogromnego, wyrafinowanego, subtelnego intelektualnego dorobku ludzkości. Dowodzi tego także ogromna skala przemocy w rodzinach oraz przemocy seksualnej wobec kobiet i dzieci.
Pies to z kolei udomowiony wilk. Jak najbardziej – drapieżnik. A nie – pluszak o miłym futerku, otwarty na miłość człowieka, zawsze odpowiadający dobrem na dobro, z natury – przyjaciel człowieka.
Benji stał się dla mnie trudną lekcją pokory… Marzyłam o psim towarzystwie. Pragnęłam obecności czworonoga w domu. Tęskniłam. Przygotowałam się merytorycznie i rzeczowo. Zaplanowałam. Zastosowałam się do instrukcji fachowców. Byłam pewna, że podołam. Mało tego – intuicja podpowiadała mi, że się uda… Że trafiłam na idealnego – pojętnego, ślicznego psiaka… A stałam się ofiarą domowej przemocy…
Naprawdę arcytrudna lekcja pokory!


