A W WEEKEND…

Krótki wypad na działkę, bo jestem jak Anteusz, kontakt z ziemią jest mi nieodzowny.

A tam jak zwykle same zachwyty. Barwami. Zapachami. Życiem. Bo też u kogo w ogródku 29 sierpnia kwitną tak pięknie bratki…

Zbiory też sprawiają radość.

Zdziwienie, bo przywędrował do mnie chmiel. Niedługo zbiorę szyszki. Ich napar będzie mnie przygotowywał do snu.

W ciągu piętnastu, dwudziestu minut, kiedy zbierałam jeżyny, na tarasie pojawiły się ślady mokrych po deszczu łapek. Przytomnie zrobiłam zdjęcie. Ciemne plamki na słońcu błyskawicznie wyschły. Sztuczna inteligencja bez wahania poinformowała mnie, że są to ślady małego jeża. Po co ten maluch wdrapał się do mnie na taras przed trzynastą? Nie ma tam przecież ani kociej, ani psiej miseczki. Wydawało mi się poza tym, że jeże wychodzą coś podjeść przed zmrokiem… Muszę to gdzieś sprawdzić.

W sobotę po obiedzie – emocjonujące czytanie wnuczętom „Robinsona Crusoe”, przeżywaliśmy opisy walki z ludożercami.

A dzisiaj wieczorem czekają mnie szachy z Tadziem. Podczas pobytu rodziny w Polsce zagraliśmy dwukrotnie. Zaraz po przyjeździe, kiedy byłam trochę niewyspana, pełna emocji i rozkojarzona. Tadzio dał mi mata w ciągu pięciu minut. Byłam jednocześnie wstrząśnięta i przeszczęśliwa. Zdarzył się jednak taki poranek, kiedy oznajmiłam, że cudownie się wyspałam. Reakcja Tadzia była błyskawiczna – „To znakomicie, babciu! Zagrajmy zatem w szachy!” Ta partia była długa, ciekawa i wyrównana. Zakończyła się patem. Nie jest więc ze mną jeszcze tak źle!

Zobaczymy, jak będzie dzisiaj…

Leave a Reply