WYPRAWA DO GARDZIENIC

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

W sobotę 1 grudnia wyjechaliśmy szkolnym busem na maraton teatralny do Gardzienic. W wyprawie udział wzięło 15 osób, w tym przede wszystkim polonistki i młodzież ze Szkolnego Teatru Monneta. Wyprawa była także okazją do świętowania imbirowymi ciasteczkami jubileuszu Krystyny Szrajber – bibliotekarki, nauczycielki etyki, nauczycielki języka polskiego, wychowawczyni, a także – twórczyni Szkolnego Teatru Monneta, która rozpoczęła pracę w MIS 1 grudnia 2008 r.

Obejrzeliśmy dwa spektakle: „Ifigenia w Aulidzie”, „Ifigenia w Taurydzie” oraz pieśń do słów Stanisława Wyspiańskiego, pochodzącą z przedstawienia: „Wesele. Wyspiański. Malczewski. Konieczny”.

Większość uczestników sobotnio-niedzielnej wyprawy była w Gardzienicach po raz pierwszy. Zaskoczeń i emocji nie brakowało.

GARDZIENICE, MOJA MIŁOŚĆ

Usłyszałam o nich po raz pierwszy na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych od Hanny Chojnackiej – znakomitej choreografki z Teatru Wielkiego. Po raz drugi opowiadała mi o nich pełna emocji praktykantka, studentka polonistyki UW, którą opiekowałam się, jako szkolna polonistka, podczas jej nauczycielskich praktyk. Namawiałam ją do pracy w szkole. Ona jednak po zakończeniu studiów planowała zamieszkać w Gardzienicach i tam uczyć się teatru.

Pojechałam do Gardzienic dopiero jesienią 1991 r. z uczniami szkoły baletowej. Po spektaklu pojawiła się trudność – odebrało nam wszystkim mowę. Nie umieliśmy w żaden sposób rozmawiać o spektaklach, a obejrzeliśmy „Żywot protopopa Awwakuma” i „Carmina Burana”. Jako nauczycielka czułam się w takiej sytuacji dziwnie. Moi uczniowie oczekiwali ode mnie komentarza, a ja – niema. Tamte przeżycia stanowiły mój teatralny „przewrót kopernikański”. Wszystkie próby oglądania spektakli w teatrach tradycyjnych od tamtego dnia były nieudane. Byłam uzależniona od teatru i raptem teatr przestał mi się podobać. Taki teatr tradycyjny, konwencjonalny. Wszystkie moje ukochane do tej pory warszawskie sceny – „Ateneum”, „Współczesny”, „Dramatyczny”, „Powszechny”, „Studio”, „Kwadrat” zamieniły się w moim odbiorze w teatralne muzea. Wiele lat wcześniej zachwycił mnie podobnie Kantor, ale Cricot2 był teatrem śmierci, wiało od niego grozą wojny. Trudno było się w tym teatrze zanurzyć po uszy. W Gardzienicach było wszystko – miłość, nienawiść, rozpacz, radość, piękno i brzydota, zbrodnia i świętość; człowiek – ten sam, zły i dobry, duchowość i zmysłowość. Egzystencjalna pełnia. No i niezwykły profesjonalizm, i wszechstronność aktorów! Cudowna muzyka!

Stałam się nałogowcem Gardzienic – ja i moi najbliżsi. Jeździliśmy tam kilka razy do roku. Po nocy. Za Lublin. Gdy nasza córka dorosła, zabieraliśmy także ją. I ona również stała się nałogowcem Gardzienic. I teraz mobilizuje nas do wyjazdu. Organizowałyśmy wyjazdy szkolne i z przyjaciółmi.

Zakup szkolnego busa ułatwi nam organizowanie kolejnych wypraw, na które już teraz zapraszamy nauczycieli i licealistów.

Leave a Reply