NIEODWOŁALNA BIZARNOŚĆ ŻYCIA CZYLI PTASI HORROR-PTASI RAJ

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Na ten wyjazd wzięłam „Opowiadania bizarne” Olgi Tokarczuk. Współtworzą klimat mieszkania w drewnianym domku na drzewie, na skraju lessowego wąwozu. Pasują świetnie i smakują wybornie.

Dostaliśmy pobyt tutaj w prezencie. Intencją darczyńców było zapewnienie nam świętego spokoju kilka metrów nad ziemią wśród majowych ptasich treli…

Trochę tak jest… Trochę…

Kiedy mieszka się w gęstwinie leśnej, gałęzie pchają się do wnętrza przez drzwi i okna, liście głaszczą, gdy wchodzi się lub schodzi po drabiniastych schodach, ma się nieodparte wrażenie – zwłaszcza wieczorem – że to, co po drugiej stronie lustra, jest na wyciągnięcie ręki.

Jest to miłe, choć również niepokojące uczucie…

Pogoda jest piękna – w słońcu szczególnie radośnie jaskrawią się różnobarwne rododendrony. Śpiew ptasząt zachwyca i energetyzuje. Zarówno rano, jak i – wieczorem. Dzisiaj obok nas na tarasie radośnie przebiegła wiewiórka. Z bliska widziałam takiego maleńkiego, brązowo-rudego paszka w kształcie łódeczki, nie znalazłam podobnego w atlasie ptaków. Mnóstwo jest innych maleństw – piecuszków, mysikrólików, pierwiosnków, pleszek. Wczoraj słyszałam wilgę. Najłatwiej zobaczyć kosy i sikorki…

Niepokój wkrada się, gdy podnosimy głowy. Bardzo wysoko kołują dwa niepokojące kształty. Pustułki, jastrzębie… Trudno rozpoznać.

Wieczorem też sen nie przychodzi… Las gada swoje wieczorne historie… A przed świtem rozpoczyna się istny horror…

Pierwszej nocy nie wiedzieliśmy, o co chodzi… Był łomot. Uderzenia w domek z różnych stron. Nakrywałam głowę kołdrą i próbowałam jednak spać. Rano mąż mówił, że widział ptasie pazury i dziób atakujące okna i przeszklone drzwi. Czyżbyśmy zbyt często oglądali w młodości „Ptaki” Alfreda Hitchcocka…

Rano nieśmiało zapytaliśmy personel o przyczynę naszych nocnych doświadczeń… No i okazało się, że – tak, tak! Tak tu się dzieje! Ptaków jest tu bardzo dużo. Jest maj. Są w godowym amoku… Gdy nastaje szarówka, uaktywniają się. Siadają na balustradce schodów. Domek jest przeszklony. W oknach widzą swoje odbicie, a myślą, że to rywal. Zaczynają dziobać – najpierw delikatnie, potem zacietrzewiają się, walczą, niektóre – do końca. Potrafią w ten sposób popełnić samobójstwo, waląc z całych sił dziobem i pazurami w szklaną taflę. Rano można znaleźć zakrwawione, zimne ciałko. Zdarza się to różnym gatunkom, najczęściej – sikorkom, ale także – kosom, a nawet – gołębiom.

Ta sytuacja powtarza się co noc, więc Jerzy o szarej porannej godzinie wstaje, żeby uratować zadziornych samczyków przed zagładą, a mnie – ofiarować jeszcze kilka godzin snu. Czasami nie pomaga nawet machanie dużym ręcznikiem. Rzucają się na ręcznik! Nie straszny im człowiek, kiedy się już rozkręcą do walki. Najskuteczniejsze jest świecenie latarką w paciorkowate oczy…

Potem wschodzi słońce, ptaki stają się spokojniejsze… Można pospać…

Rano na tarasie wita nas słoneczny, radosny świergot, różne optymistyczne trele-morele…

Różne twarze tej samej natury… Różne twarze życia… I to, i sio… I tak, i siak…

 

 

Leave a Reply